Strony

27 stycznia 2014

Lekarz w Norwegii

W dzisiejszym wpisie przeczytacie o wizycie u norweskiego lekarza rodzinnego, którego miałam okazję ostatnio odwiedzić w gabinecie.


Jedna z uliczek w Bergen
Po otrzymaniu norweskiego numeru personalnego fødselsnummer macie 2 miesiące na wybór swojego lekarza rodzinnego fastlege. Jeśli nie zdecydujecie sami, to po dwóch miesiącach system automatycznie przydzieli Wam miejsce u najbliższego lekarza rodzinnego i przyjdzie zawiadomienie pocztą.
Wybór lekarza odbywa się poprzez zalogowanie do portalu MinFastlege, By to zrobić potrzebne jest narzędzie do elektronicznej autoryzacji: MinID, BankID, Buypass lub Commfides. Po zalogowaniu wybieracie lekarza, który ma wolne miejsce i pod różnymi względami Wam odpowiada.
Lekarza możecie zmieniać dwa razy w roku na tej samej stronie internetowej MinFastlege. Jednak należy pamiętać, że każda zmiana zaczyna działać od 1 dnia następnego miesiąca. Jeśli zmienicie lekarza 10 lutego, to dopiero 1 marca stanie się waszym lekarzem rodzinnym. W Bergen i okolicy przyjmują dwie polskie lekarki: Alicja Alda i Margareta Hagala. Ja lubię mieć pod górkę, więc wybrałam norweską lekarkę ;)

Dodatkowo w Norwegii musicie pamiętać, że wizyty u lekarza są płatne (chyba, że jest się w ciąży) do kwoty 2105 Kr w ciągu roku. Płaci się też za każde badanie i materiały wykorzystane do badania. Tutaj możecie zobaczyć aktualny cennik. Napiszę tylko, że ja za wizytę z przepisaniem recepty, cytologią i podstawowym badaniem ginekologicznym zapłaciłam 301 Kr (około 150 PLN). Płatne przy wyjściu w specjalnej maszynie, w której należy wpisać swoją datę urodzenia i od razu wyświetla się kwota do zapłacenia. Do wyboru płatność gotówką lub kartą.

Cytologię wykonuje się tutaj co 3 lata u swojego lekarza rodzinnego. Oni są przeszkoleni w  tym zakresie i nie ma konieczności odbycia kolejnej wizyty u lekarza ginekologa. Uzgadniacie w jaki sposób chcecie otrzymać informację o wyniku badania: telefonicznie, smsem czy listem. Oczywiście jeśli wyniki wyjdą nieprawidłowe, to zawsze dzwoni lekarz.

Moja przychodnia mieście się w kamienicy w centrum Bergen i na każdym piętrze przyjmują lekarze różnych specjalności. Sama rejestracja znajduje się na ostatnim piętrze. Budynek przystosowany jest oczywiście dla osób niepełnosprawnych. Jednak pierwsze wrażenie nie było najlepsze, ponieważ spodziewałam się nowoczesnej przychodni, znanej mi z Wrocławia, jak Medicover czy Luxmed. Tymczasem moja norweska poczekalnia urządzona jest w stylu lat 50, z sufitu sterczą kable i gołe rury. Są tam jednak krzesła, kącik dla dzieci i czasopisma kobiece. Po przyjściu czekałam na zawołanie przez lekarza, który się ze mną przywitał i prosił, bym mówiła do niej po imieniu. Następnie z moją lekarką udałam się zamkniętym drzwiami z szyfrem korytarzem do gabinetu, który na szczęście okazał się w pełni nowoczesny.


Widok na Urliken z mostu
Rejestracja odbywa się poprzez zadzwonienie do przychodni, podanie swojej daty urodzenia i nazwiska, poprzez sms, formularz dostępny na stronie internetowej przychodni lub osobiście. Przy rejestracji trzeba też poinformować w jakich dniach chcecie odwiedzić lekarza i jakie godziny wizyty preferujecie. Jeśli nie znacie norweskiego, możecie dogadać się z lekarzem po angielsku albo zamówić darmowego tłumacza.

Standardowy czas oczekiwania, to około 2 tygodni, jednak jeśli potrzebujecie pilnej konsultacji, to oczywiście nie będzie problemu i znajdą dla was miejsce w ten sam dzień.

Tabletki antykoncepcyjne wypisuje również fastlege (lekarz rodzinny) i są przyznawane na rok. Recepty nie otrzymuje się w formie papierowej, tylko zostaje zapisana w systemie. Później trzeba pójść do dowolnej norweskiej apteki, podać swoje dane i wykupić receptę. W przypadku tabletek antykoncepcyjnych niektóre pakowane są w 3-paki, po 21 sztuk tabletek, więc do apteki należy się po nie wybrać 4 razy w roku (co kwartał).

Komu jagodową babeczkę w norweskich papilotkach?



Oczywiście osoby, które mogą podzielić się doświadczeniem z służbą zdrowia, nie tylko w Norwegii, zachęcam do podzielenia się swoimi przemyśleniami.

Edit: W związku z pytaniami informuję, że tabletki antykoncepcyjne w Norwegii kosztują podobnie jak w Polsce, na przykład Yasminelle kosztuje 86 Koron.

23 stycznia 2014

Kosmetyki kupione pod wpływem blogów

TAG krąży sobie po blogosferze i dotarł też do mnie. Przyznaję, że wiele swoich kosmetyków kupiłam pod wpływem recenzji na blogu. Najczęściej są to produkty do makijażu, ponieważ z pielęgnacją bywa różnie i nigdy nie kupuję drogiego kremu bez wcześniejszego skosztowania próbek. Każda z nas ma inną skórę i niekoniecznie produkt pielęgnacyjny polubi się z moją skórą.

Oto moja wybrana 5 kupiona pod wpływem blogów:

1. Malinowe Masełko do ust NIVEA i CARMEX



Zacznę od dwóch produktów do ust, które zupełnie się u mnie nie sprawdzały. Dobrze, że to niedrogie kosmetyki i nie jestem na siebie zła za ich kupienie. Oba te produkty kupiłam zachwycona wspaniałymi recenzjami w internecie. Czytałam i chłonęłam opinie jak gąbka. Więc w momencie, gdy nadarzyła się okazja, to kupiłam.

Masełko NIVEA pozostawiało biały tłusty nalot na wargach, a usta i tak były przesuszone. Używałam go na noc i rano budziłam się ze spierzchniętymi wargami. Dziwna sytuacja, tak jakby coś natłuścić, ale nie nawilżyć. Opakowania po masełko chyba wyrzuciłam.

CARMEX - miałam wersję w słoiczku, którą używałam na noc i w ciągu dnia. Opakowanie ma ładne, żółte i kojarzące się z miodem. Niestety wystarczyło jedynie otworzyć pojemnik i mocny zapach mentolu zabijał pierwsze pozytywne wrażenie. Mnie przypominał zapach sztyftów do nosa albo maści chłodzących dla sportowców. Przy aplikacji było jeszcze gorzej. Nałożony na usta za nic w świecie nie chciał się wchłonąć i w dodatku wszelkie oblizanie ust kończyło się odruchem wymiotnym. Czasem ganiałam męża z pytaniem czy chce CARMEXowego buziaka ;) Możecie się domyślić jak się ucieszył, kiedy słoiczek CARMEXU się skończył!

2. Pędzle MAC



Kiedyś używałam tańszych pędzli, ale wypadało z nich włosie, czasami kuły w oczy ich szorstkie włoski. W końcu trafiłam na blog Beautyness.pl i moim oczom ukazała się imponująca kolekcja pędzelków. Zaczęłam czytać opinie o nich i w końcu odważyłam się pójść do salonu MAC i wybrać pędzelek. Mój wybór padł na numer 129 z krótką rączką. Zrozumiałam na czym polega ich fenomen.
Teraz mam aż 5 sztuk pędzelków z MAC i żadnego nie oddam.

3. Cienie MAC



W mojej skromnej kolekcji znajduje się jedna paletka z 4 cieniami MAC. Potrzebowałam jakiegoś zestawu na co dzień z jednym ciemniejszym cieniem, by w razie potrzeby zamienić makijaż na wieczorowy. Uwielbiam je i jestem pewna, że dokupię jeszcze kilka odcieni. Cienie MAC są najtrwalsze na moich tłustych powiekach, a firmowy sklep posiada praktycznie nieograniczony wybór kolorów. Istny raj.

4. Tangle Teezer



Moja wersja kompaktowa ma już 4 lata i została kupiona w tamtych czasach chyba za 80 pln. Teraz można ją zdobyć za połowę tej kwoty. Wcześniej czytałam na blogach, że jest rewelacyjna i wiedziałam, że kiedyś będzie moja. W końcu zamówiłam przez internet i... zakochałam się w niej. Zwiedziła ze mną kilka krajów i nigdy mnie nie zawiodła. Ideał do długich poplątanych włosów po morskiej kąpieli. Gdy teraz muszę użyć grzebienia do rozczesywania albo zwykłej szczotki, to dziwnie się czuję.  Nie wiem jak moje włosy wytrzymywały kiedyś takie szarpanie.

5. YSL Touche Eclat



Faworyt w zakresie rozświetlenia skóry pod oczami. Zawsze kupuję go na promocjach, ponieważ uważam, że za tak małą ilość (2.5 ml) nie dam więcej niż 120 PLN. Mam nadzieję, że będą go produkować już zawsze, ponieważ nie widzę produktu, którym mogłabym go zastąpić. Polecam każdemu i dziękuję Wam -blogerkom za naprowadzenie mnie na ten korektor pod oczy.

Wybrałam tylko 5 kosmetyków, ale takie, które wniosły coś do mojego życia (niekoniecznie pozytywnego). Moja lista zakupów kosmetycznych, tzw. wishlista, pęka w szwach i nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się kupić z niej wszystko. Powstrzymuje mnie przed zakupem jedynie zdrowy rozsądek.

Jak jest u Was? Kupiłyście kosmetyki pod wpływem blogów, z których jesteś niezadowolone?

19 stycznia 2014

NUXE Creme Nirvanesque enrichie - krem na pierwsze zmarszczki


Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy wspominam produkty NUXE, to logo w postaci zielonego drzewa. Dzisiaj doczytałam na stronie firmowej NUXE, że jest również przyjazna wobec środowiska poprzez:
  • Produkty opracowane z poszanowaniem dla środowiska, w których pragniemy jak najlepiej pogodzić skuteczność, bezpieczeństwo minimalny wpływ na środowisko. Osiągamy to poprzez precyzyjne opracowywanie formuł produktów i optymalizację rozmiarów opakowań.
  • Odpowiedzialna gospodarka odpadamii zmniejszenie zużycia papieru: w 2010 r. zaoszczędziliśmy ponad 30 ton papieru, ocalając w ten sposób 750 drzew!
  • Przeprowadzenie tzw. bilansu dwutlenku węgla (Bilan Carbone®) czyli pomiaru emisji, co umożliwia dokonanie oszczędności energii i zmniejszenie produkcji gazów cieplarnianych.
  • Zaangażowanie się w ochronę  pszczół we współpracy ze stowarzyszeniem „Un toit pour les abeilles”.








Od razu poczułam się cudownie, że przedstawię moim czytelnikom produkt takiej firmy.


Bohaterem dzisiejszego wpisu jest krem Nirvanesque enrichie przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej. Ja mam zwyczajowo mieszaną w stronę tłustej, ale zimą potrafi nadmiernie się przesuszyć i wtedy zawsze używam treściwszego kremu. Ten dodatkowo niweluje pierwsze zmarszczki.

W jego długim składzie nie znajdziemy parabenów:
AQUA/WATER, TRIBEHENIN PEG-20 ESTERS, BUTYLENE GLYCOL, GLYCERIN, DIETHYLHEXYL CARBONATE, PROPYLENE GLYCOL DICAPRYLATE/DICAPRATE, DIMETHICONE, BEHENOXY DIMETHICONE, POLYMETHYLSILSESQUIOXANE, GLYCOL PALMITATE, OCTYLDODECANOL, MACADAMIA TERNIFOLIA SEED OIL, DIPROPYLENE GLYCOL, IMPERATA CYLINDRICA ROOT EXTRACT, BORON NITRIDE, ROSA MOSCHATA SEED OIL, ACRYLAMIDE/AMMONIUM ACRYLATE COPOLYMER, TOCOPHEROL, DIMETHICONE CROSSPOLYMER, PARFUM/FRAGRANCE, CAPRYLOYL GLYCINE, PROPYLENE GLYCOL, POLYISOBUTENE, SODIUM HYDROXIDE, CITRIC ACID, ETHYLHEXYLGLYCERIN, ALCOHOL, CARBOMER, TRISTEARIN, PENTYLENE GLYCOL, DEHYDROACETIC ACID, TETRASODIUM EDTA, ZEA MAYS (CORN) KERNEL EXTRACT, POLYSORBATE 20, SORBITAN ISOSTEARATE, 10-HYDROXYDECANOIC ACID, SEBACIC ACID, ACETYLATED GLYCOL STEARATE, ACMELLA OLERACEA EXTRACT, 1,10-DECANEDIOL, ALTHAEA OFFICINALIS ROOT EXTRACT, CAPRYLYL GLYCOL, LAURETH-3, NYMPHAEA COERULEA SEED EXTRACT, XANTHAN GUM, SODIUM CITRATE, HYDROXYETHYLCELLULOSE, ACETYL DIPEPTIDE-1 CETYL ESTER, AMARANTHUS CAUDATUS SEED EXTRACT, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, PAPAVER RHOEAS SEED EXTRACT, BENZYL BENZOATE, BENZYL SALICYLATE, BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL, EUGENOL, HEXYL CINNAMAL, HYDROXYCITRONELLAL, COUMARIN, CITRAL, HYDROXYISOHEXYL 3-CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, LIMONENE, LINALOOL [N0602/H].


Krem jest zapakowany w szklany ciężki słoik, więc podróż z nim odpada. Staram się unikać zbędnych i tłukących się produktów w bagażu. Słoiczek dodatkowo był zabezpieczony sreberkiem, więc przynajmniej wiadomo, że nikt niepotrzebnie nie wkładał do niego palców.
Konsystencję ma gęstą, podobną do budyniu i przyznam się, że początkowo obawiałam się, iż u mnie jednak się nie sprawdzi i twarz będzie mi się po nim świecić. Na szczęście rzeczywistość okazała się inna i krem jest bardzo obiecujący.
Preferuję kremy bezzapachowe i często zapach jest główną przyczyną, przez którą żegnam się z danym kosmetykiem. W tym przypadku jednak krem pachnie, ale jest to cudna kwiatowa woń. Potrafię odkręcić słoik tylko, by go chwilę powąchać (Czy zdarza Wam się robić tak samo z jakimiś kosmetykami?).

Najbardziej lubię uczucie porządnego nawilżenia, które krem od NUXE mi zapewnia. Rano wstaję i nie świecę się jak choinka, a skóra jest miła w dotyku i odprężona. Krem nie zapycha porów, więc nie powstają na twarzy nowe niespodzianki.
Myślę, że na mojej skórze latem krem jednak nie będzie się mógł wchłonąć i wtedy jak najbardziej polecam go osobom z suchą cerą.
Nie wiem co myśleć odnośnie niwelacji zmarszczek, ponieważ na razie nie widzę zmian, ale dam mu w tym temacie jeszcze szansę. Gdy trafi do denka, to wtedy wydam na niego wyrok.


Krem NUXE nadaje się pod makijaż i współgra z dobrym podkładem. Ja lubię by w kremach na dzień dodatkowy był filtr i takowego brakuje mi w nim. Cena tego kremu to 100 PLN za 50 ml. Myślę, że nie jest wygórowana, bo mamy w niej jakość i wydajność.

Jak dotąd moja skóra polubiła kosmetyki do twarzy i ciała do NUXE. Wyjatkiem okazał się jedynie fluid Nuxellence Jeunesse, który teoretycznie przeznaczony jest do wszystkich rodzajów cery. U mnie zupełnie się nie sprawdził i kleiła mi się od niego twarz. W aptekach oferowane są próbki kosmetyków z NUXE i polecam Wam skorzystanie z nich przed zakupem, ponieważ każda z nas ma inną skórę i inne wymagania.

16 stycznia 2014

Ciekawostki znad fiordów #4

1. Przy ulicach Bergen można spotkać zarówno nowe parkometry oraz zabytkowe, które wciąż działają. Nie miałam okazji skorzystać jeszcze z tych antycznych.



2. W Bergen pory dnia są trochę inne od tych znanych z Polski. Powoduje to trudności w zasypianiu i wstawaniu. Na dzień dzisiejszy, czyli 16 stycznia 2014 roku słońce wstało o godzinie 09:27 i zaszło o 16:09. Wynika z tego prosta zależność, jeśli pracujecie w dzień, to słońca w ciągu dnia obecnie nie doświadczycie.
W trakcie roku najpóźniej słońce wstaje pod koniec grudnia, około 9:40, a potrafi zajść już około 15:30. Tymczasem latem sytuacja się odwraca i dni stają się bardzo długie od około 4 do 23, więc można doświadczyć białych nocy.
Pamiętam jakie to było dziwne uczucie, gdy byłam tu kiedyś na wakacjach i o 23 było wciąż widno.
Trzeba też pamiętać, by wynajmując mieszkanie mieć sypialnię bez okien albo z żaluzjami, które nie przepuszczają światła.



3. Z Bergen pływają duże promy pasażerskie i samochodowe firmy Fjordline. Można się nimi dostać do innych miast w Norwegii lub popłynąć do Danii, na przykład na wycieczkę do Legolandu, co jest tutaj bardzo popularne i wiele biur podróży oferuje takie atrakcje.



4. Podczas weekendowego wypadu miałam okazję przejeżdżać przez niesamowity wiszący most nad fiordem Hardangerbrua, którzy został otwarty niedawno, w sierpniu 2013 roku. Ma on długość aż 1380 metrów! Najlepsze jednak jest to, że dojeżdża się do niego 8 kilometrowym tunelem i zjeżdża z niego ponownie do kolejnego tunelu w skale. Jedyny minus to cena przejazdu, która obecnie wynosi 150 Koron dla samochodów osobowych w jedną stronę. Podobno, gdy inwestycja się zwróci, to opłata zostanie zniesiona.









5. Tunele drogowe są w Norwegii bardzo popularne. Na odcinku Bergen - Odda (200 km), który pokonałam w sobotę, miałam okazję przejeżdżać przez około 15 tuneli. Są one zupełnie inne o tych znanych mi z krajów południowej Europy. Ściany tuneli wykute są w skale, oświetlone w większości na żółto z wyjściami ewakuacyjnymi i punktami przeciwpożarowymi.
Najpopularniejsze są takie krótkie do 1 km, a w tych do 400 m często widać przy wjeździe wylot tunelu, tzw. światełko w tunelu ;) Natomiast w 8 kilometrowym miałam wrażenie, że jadę i jadę, i końca nie widać. Podczas przejazdu długim tunelem udało się nie spotkać żadnego samochodu! Jak widzicie ruch samochodowy w Norwegii poza miastem jest bardzo mały.
Dodatkowo czasami po wyjeździe ze skalnego tunelu okazuje się, że pogoda jest inna niż przy wjeździe do niego. Można się mocno zdziwić!





6. W tunelach zdarzają się nawet ronda oświetlone jak UFO.



7. Główne drogi krajowe są w dobrym stanie, odśnieżone gdy jest taka potrzeba. Jeśli przejazd przez góry jest trudny, można spotkać specjalny samochód służb drogowych, który przeprowadza kolumnę aut przez takie niebezpieczne miejsca.



8. Ciężarówki i autobusy dalekobieżne mają opony z kolcami lub założone łańcuchy. Na mocno krętych drogach, trudno taki autobus dogonić osobowym samochodem na zwykłych oponach zimowych. Próbowaliśmy...
Dla osób z chorobą lokomocyjną jazda w Norwegii może stanowić jednak koszmar.



9. Czasami drogi są wąskie i trudno minąć się z większym pojazdem. Jednak panuje tutaj pełna kultura i kierowca ciężarówki jeśli ma taką możliwość i widzi samochód jadący z naprzeciwka, zjedzie i poczeka na poboczu lub w zatoczce, aż sobie spokojnie koło niego przejedziemy. Nie trzeba się obawiać, że ktoś nas zepchnie z drogi w przepaść ;)



Cieszę się, że mam okazję podzielić się z Wami moimi subiektywnymi spostrzeżeniami, których trudno szukać w przewodnikach. Mam nadzieję, że Wam się podobało i zachęcam do dyskusji w komentarzach.

15 stycznia 2014

Moje nowości - Chanel, Burt's Bees, EOS, Define - styczeń 2014

W związku z tym, że dawno nie robiłam większych zakupów kosmetycznych, wypadło na styczeń. Nie chcę dzielić tych zdjęć na kilka postów, więc tylko pokażę Wam co ostatnio zawitało w progi mojej kosmetyczki. Są to głównie produkty pielęgnacyjne, ponieważ uważam, że takich nigdy za dużo i czuję się spokojnie wiedząc, że zdążę je zużyć. Część z nich już miałam wcześniej i w związku z tym, że się sprawdziły, kupiłam ponownie. Dodatkowo miałam możliwość zamówienia z polskiej apteki paczki z kosmetykami, które w większości nie są dostępne w Norwegii. Wyobrażacie sobie, że mieszkając w Norwegii nie ma możliwości kupienia w aptece produktów marki BIODERMA czy LIERAC? Trzeba więc kombinować i według tego co wyczytałam, na przykład płyn micelarny Bioderma Norweżki kupują przez brytyjską truskawkę strawberrynet.com lub poprzez ebay.co.uk.

Zacznę od wisienki na torcie, czyli cudownej szminki ROUGE COCO CHANEL w odcieniu Legende 11. Czaiłam się na nią długo, aż w końcu trafiła się okazja cenowa i mam! Żałuję, że nie wzięłam jeszcze jednego odcienia, ale dotychczas nie miałam pomadki z Chanel i nie wiedziałam do końca czy moje usta się z nią polubią. Najbardziej zaskoczyła mnie jej trwałość, szminka ta potrafi trzymać się na ustach kilka godzin, pomimo jedzenia czy picia!


Następne perełki, które wpadły w moje ręce, to zestaw od  BURT'S BEES, w skład którego wchodzą dwie pomadki, balsam w słoiczku do skórek i krem do rąk. Miodowo-cytrynowy zapach produktu do pielęgnacji skórek tak mnie uzależnił od siebie, że zaczęłam używać go do ust i mogłabym go stosować nawet do herbaty.


O produktach EOS czytałam wiele dobrego i wiedziałam, że to kwestia czasu, aż je kupię. W norweskim BOOTS po świętach trafiłam na wyprzedaże i kliknęłam edycję limitowaną w postaci kremu do rąk i sorbetu truskawkowego. Nie wiem kto tworzy te produkty i skąd zaczerpnięty został pomysł na nie, ale faktycznie smarując usta sorbetem mam wrażenie, że zjadam cukierka!



Z polskiej apteki przyjechały do mnie płyny micelarne Sensibio 2*250ml, krem przeciwzmarszczkowy Lierac, krem pod oczy DECUBAL, odżywka do włosów Klorane z owsem, odżywka NIVEA i mnóstwo próbek Lierac i Phyto (Nie wszystkie widać na zdjęciu). Co ciekawe próbaski zostały dopasowane do moich zakupów, więc pracownik apteki zadał sobie sporo trudu. Poczułam się więc mile wyróżniona.



Później w norweskich sklepach kupiłam sobie kilka odżywek i szampon firmy DEFINE. Miałam już jeden i po prostu jestem ciekawa czy sprawdzą się na moich włosach produkty z innych serii. W dodatku kto by nie skorzystał z promocji -50%? Na koniec dokupiłam jeszcze szampon Harmoni z norweskiej drogerii VITA. Kupiłam go, ponieważ zachwyciło mnie jego śliczne opakowanie i połączenie kolorów: fioletowego z pomarańczowym i białym.


Część produktów zaczęłam od razu używać, ponieważ jestem niecierpliwa i ciekawi mnie to co nowe. Tak jak teraz patrzę na te zebrane zakupy, to wydaje mi się, że przez pół roku moje włosy będą miały pełen komfort, a ja skupię się na zakupach kosmetyków do makijażu. Kusi mnie wiele nowych kolekcji, ale często rozczarowują przy pierwszym kontakcie na żywo. Oglądałam nową kolekcję wiosenną DIOR i kompletnie nic mnie nie ruszyło. Na zdjęciach reklamowych wyglądało to zupełnie inaczej.
W norweskich sklepach MAC jest już dostępna kolekcja pomadek Huggable Lipcolour i Magnetic Nude. Widzę w niej parę perełek, ale pewnie jak wybiorę się do sklepu, to mogę znów mocno się rozczarować. Kogo ja oszukuję, pewnie i tak nie wytrzymam i przy pierwszej okazji polecę do MACa ;)

Porwało Was coś z nowych kolekcji kosmetyków?

10 stycznia 2014

Himalaya HERBALS Purifying Neem żel oczyszczający do mycia twarzy


Lubię przez zupełny przypadek odkryć fajny kosmetyk. Ten otrzymałam we wrześniu w ramach niespodzianki od innego blogera. Jednak dopiero niedawno po niego sięgnęłam, ponieważ dotychczas nie chciało mi się tłumaczyć jego opisu. Rozumiałam z opakowania tyle, że jest to żel oczyszczający przeznaczony do mycia skóry mieszanej lub tłustej. Jednak wiele informacji jest napisanych po hindusku.
Z czasem jednak postanowiłam zgłębić temat i dowiedziałam się, że nie zawiera mydła, ale neem, czyli miodlę indyjską, która ma właściwości antybakteryjne oraz kurkumę przeciwdziałającą wypryskom. Oba składniki aktywne regulują wydzielanie sebum. Dodatkowo w żelu znajdują się składniki nieaktywne i barwniki: Phenoxyethanol, Methylcholoisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate IP, Potassium Sorbate, Brilliant Blue FCF (CI 42090), Tartrazine (CI 19140).



Używam tego żelu do codziennej pielęgnacji, zarówno rano i wieczorem. Moją tłustą skórę pozostawia odświeżoną i miękką bez uczucia ściągnięcia skóry. Dodatkowo mam wrażenie, że faktycznie zredukował ilość wydzielanego serum i dzięki niemu moja skóra dobrze współgra z treściwszym kremem nawilżającym, który obecnie używam z NUXE.
Ten zielony kosmetyk ma specyficzny zapach, jakby trawy, jednak jest to pewnie jakieś indyjskie kadzidełko albo liście neem.



Opakowanie to przezroczysta tubka z zamknięciem na klik, która zbyt ciężko się otwiera i można sobie złamać paznokieć. Zaletą jest pewnie jego szczelność, więc nie ma obawy, że zabrany w podróż rozleje się w naszej kosmetyczce.
Żel jest bardzo gęsty, więc wystarcza porządna kropla, by umyć twarz i szyję. Powoduje to, że będzie ze mną długo. Przewiduję 3 miesiące.
Pojemnik ma pojemność 150 ml w sklepie internetowym kosztuje 18 pln. Nie widziałam go nigdzie dostępnego stacjonarnie, ale mogę się mylić, a drogerie czasami zmieniają swój asortyment. Jeśli więc wiecie coś więcej, to wpiszcie proszę w komentarzu. Myślę, że taka informacja przyda mi się w przyszłości, bo zamierzam kupić go ponownie w ramach wymiany z ulubionym żelem Vichy Normaderm.
Według mnie jego jedyną wadą jest brak etykiety w języku polskim. Nie mogę przyczepić się niczego innego.



Jutro wybieram się na weekendowy wypad poza miasto, by odkryć trochę norweskiej natury. A Wam życzę udanego weekendu.

7 stycznia 2014

Rewitalizujący balsam do ciała PAT&RUB


Skład ma po prostu przepiękny, ale czy jego działanie chwyciło mnie za serce? Na szczęście nie było to wymagane. Postawiłam przed jedno wymaganie: dobrze nawilżyć moją suchą skórę na nogach bez zostawiania tłustej powłoki. Najlepiej, by było gdyby po wieczornym smarowaniu, rano moje nogi nie wymagały powtórnego zabiegu. Tylko tyle czy aż tyle?


Producent balsamu informuje, że balsam dobrze się wchłania, regeneruje i super nawilża. Żurawina zawarta w tym naturalnym kosmetyku jest wyjątkowa - opóźnia procesy starzenia, zawiera dużo witaminy C stymuluje produkcję kolagenu, zwalcza wolne rodniki i wzmacnia skórę. Balsam zawiera także substancje łagodzące podrażnienia i chroniące skórę przed wysuszeniem oraz naturalny filtr UV. Olejek cytrynowy poprawia wygląd skóry: wygładza i oczyszcza, a jego aromat odświeża umysł.
  • ekstrakt z żurawiny* – zwalcza wolne rodniki, regeneruje, wzmacnia
  • olejek cytrynowy* – odświeża umysł, poprawia wygląd skóry: wygładza i oczyszcza
  • ekstrakt z zielonej herbaty* – działa przeciwzapalnie, zwalcza wolne rodniki
  • masło shea* – nawilża i zmiękcza skórę
  • olej babassu* – uelastycznia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV
  • masło kakaowe*- uelastycznia nawilża i koi podrażnienia
  • kwas hialuronowy* – nawilża i chroni
  • naturalna witamina E* – wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża
  • betaina roślinna *-nawilża
  • inne roślinne substancje natłuszczające i  nawilżające*

Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Orbignya Oleifera Seed Oil, Glycerin, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract,Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Betaine, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Butyrospermum Parkii ,Cetearyl Glucoside, Stearic Acid, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter,Sodium Hyaluronate, Sodium Phytate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Citrus Medica Limonum Peel Oil,Citral, Geraniol, Citronellol, Linalool, Limonene.


Po przeczytaniu tych wszystkich informacji na stronie PAT&RUB oczywiście kupiłam ten balsam.

Łatwo się go aplikuje z pompki, która nie zacina się, tylko perfekcyjnie za każdym razem dozuje identyczną porcję. Niezwykle wygodna i higieniczna forma opakowania dla takiego kosmetyku.


Pachnie chemiczną orzeźwiającą cytrynką, ale według mnie zapach nie jest natarczywy i nie trzyma się długo na skórze. Im dłużej go używam, tym stwierdzam, ze coraz mocniej go lubię. Możliwe więc, że uzależnia. Stwierdzam jednak, że seria rozgrzewająca ma dużo lepszy zapach na zimowe wieczory.

Używam go zaraz po kąpieli i wmasowuję w suchą skórę. Balsam wchłania się od razu, ale potrzeba użyć aż dwie pompki na jedną nogę. Jest świetny i rano moja skóra nie potrzebuje powtórki kremowania. Jednak przez słabą wydajność za szybko ubywa. Widzę, że pewnie skończy się w połowie stycznia, więc 200 g kosmetyku starcza na trochę ponad miesiąc.


Chciałabym by kosmetyki PAT&RUB miały lepszą stacjonarną dostępność, ponieważ sama SEPHORA to jednak trochę za mało i żeby cena takiego balsamu była mniejsza od 59 pln. W każdym bądź razie dobrze, że mamy w Polsce rodzime firmy, które starają się produkować produkty bliskie naturze. Oby było ich coraz więcej.
Żałuję, że nie kupiłam też masełka do ciała od PAT&RUB, ale bałam się, że będzie dla mojej skóry zbyt treściwe.

4 stycznia 2014

Dreamwash od LUSH, czyli mydło w kremie pod prysznic i moja opinia


Opowiem Wam o zawartości małego czarnego pudełka z LUSH z napisem Dreamwash, który zawitał do mnie w Mikołajki. Oto on: Shower smoothe DREAMWASH.


W środku opakowania znajduje się mocno kremowe mydło w kolorze jasnego fioletu. Pachnie delikatnie lawendą, ale na szczęście wcale nie przypomina zapachu używanego w szafach.
Konsystencja mydła jest zbita, jednak nie stanowi to problemu z jego nabieraniem. Pierwszy raz spotykam się z takim produktem. Biorę trochę w dłoń, rozpuszczam w wodzie i taką powstałą zawiesiną mydlę ciało.


Dremawash z założenia jest przeznaczony do suchej skóry i podobno potrafi złagodzić podrażnienia powstałe na przykład po opalaniu. Jest też dobry dla osób borykających się z trądzikiem, ponieważ goi zmiany na skórze. Nie mam takich problemów, więc trudno ocenić mi jego działanie w zalecanych kwestiach. W każdym razie do mojej zdrowej skóry, może trochę przesuszonej zimą, jest idealny.
Najważniejsze, że dobrze myje skórę, zostawiając ją mięciutką i nawilżoną, choć ja i tak używam najczęściej wieczorem balsamu lub mleczka do ciała. Używałam go też raz do golenia nóg i w tej roli spełnił się świetnie.


Nie lubię w produktach LUSH krótkich terminów ważności, a tutaj nie ma tego problemu. Na moim jest napisane, że mam czas do lipca 2014, więc jest to cudowna wiadomość. Zdążę zużyć pewnie dużo wcześniej, ale nie przynajmniej nie trzeba się tak śpieszyć jak ze świeżymi maseczkami do twarzy.

Na koniec jeszcze skład, w którym większość produktów jest naturalna, ale nie wszystkie:


Cieszę się, że mogę używać tego produktu i uważam, że nazwa świetnie do niego pasuje. Chętnie kupię więc inne rodzaje kremowych mydeł od LUSH.