Nadszedł czas na minirecenzje w denku, które uwielbiam czytać na innych blogach. Moje zużyte opakowania pochodzą z dwóch miesięcy i myślę, że taki czas jest dla mnie optymalny. Pełne recenzje znajdują się pod ukrytymi linkami:
1. LUSH Dreamwash oraz LUSH Ocean salt. Pierwszy to krem do mycia pod prysznicem, a drugi to peeling do twarzy i ciała. Chętnie do obu wrócę.
2. Atrix - krem do rąk z rumiankiem. Kupiony w norweskim markecie. Nie do końca sprawdzał się na mojej skórze, ponieważ bardzo długo się wchłaniał. Wprawdzie dłonie po jego użyciu były nawilżone, ale znam dużo lepsze kremy do rąk i nie planuje powrotu do niego.
3. DECUBAL - krem po oczy. Tak szybko się skończył, że zupełnie o nim zapomniałam. Nie kupię ponownie. Obecnie na dzień używam dużo lepszego kremu koreańskiego.
4. LACTACYD - emulsja do pielęgnacji intymnej. Bardzo dobra, nie podrażnia i dobrze myje. Chętnie po nią sięgam na zmianę z Ziają. Kupię ponownie i na szczęście jest dostępna w Norwegii.
5. NIVEA - pomadka ochronna jeszcze w poprzednim opakowaniu. Jest w porządku, ale wersje bezsmakowe są dużo bardziej nawilżające. Nie wiem czy kupię ponownie. Odkąd odkryłam EOS, to nie widzę powodu, dla którego miałabym wracać do Nivea. Chyba tylko cenę.
6. Radical - suchy szampon. W porównaniu z tym, jaki mam teraz, Radical był cudowny! Oczywiście kupię ponownie. Ma niską cenę i jest skuteczny, więc po co przepłacać.
7. Harmoni - szampon, którego koniec przyjęłam z ulgą. Nie polubiliśmy się na tyle, że nie planuję zakupu czegokolwiek z tej firmy.
8. NUXE Nirvanesque enrichie - krem na pierwsze zmarszczki. Bardzo go lubię, ale obecnie stosowana emulsja z Lirene jest równie dobra, więc nie wiem czy do niego wrócę. W każdym razie NUXE polecam.
9. Satin Care - żel do golenia. Mój faworyt od lat, który nie wysusza skóry i nie podrażnia. Byłabym wdzięczna gdyby firma wyprodukowała wersję podróżną. Jedynym minusem jest opakowanie, które zostawione pod prysznice potrafi zardzewieć. Żel kupię ponownie.
10. Himalaya - żel do mycia twarzy. Początkowo bardzo go lubiłam i myślałam, że zastąpi Vichy. Jednak z czasem zaczął mnie męczyć jego zapach, wysoka wydajność. W międzyczasie zmieniły się potrzeby mojej skóry i z tłustej ponownie stała się mieszana, a ten żel wysuszał mi dodatkowo policzki. Nie kupię więc ponownie.
11. Skin79 - white vita C serum. Bardzo dobry produkt kupiony w zestawie z dwoma innymi. Zasługuje na oddzielną recenzję, która powoli się pisze. Teraz używam z tego samego zestawu serum na noc Repair amino-acid.
12. Bioderma, płyn micelarny. Uwielbiam tego typu kosmetyki do demakijażu, choć wiem, że dla osób używających wodoodporne produkty, micel to za mało. Sama ostatnio testuję olejek Lierac do zmywania oczu i mam dwufazę z Clarins w kolejce. Do micela z Biodermy jednak i tak wrócę.
13. Maseczki i próbki różnych kremów. Część z nich się u mnie sprawdziła i sprawiła, że mam ochotę kupić pełnowymiarowy produkt:
-Podkład Whipped creme od Max Factor. Nie spodziewałam się, że będę jeszcze zadowolona z podkładu drogeryjnego, a tu niespodzianka. Muszę tylko dobrać odcień, ponieważ 75 golden mogłabym nosić na twarzy po 4 tygodniowych wakacjach spędzonych na opalaniu w tropikach. Widziałam, że w Norwegii ejst dostępny więc nie będę mieć problemu z dobraniem jaśniejszego odcienia.
- Maska regenerująca Ziaja. Lubię i często wracam do niej.
- Lancome Visionnaire - nie przekonał mnie do siebie. Ma bardzo bogatą konsystencję, która nei chciała się wchłonąć na twarzy.
- BB kremy z Korei - dobre, ale lepsza okazała się Missha.
- CC Estee Lauder. Zupełnie nie nadaje się dla tłustej lub mieszanej skóry. Myślałam, ze to będzie hicior, ale nie tym razem.
- Loreal Nutri Gold Extraordinary Oil - próbka tego olejku była dołączona do norweskiej gazety. Loreal potrafi zrobić naprawdę godny uwagi kosmetyk i tym razem wydaje się, że mu się udało. Zamierzam go kupić.
- Etude House Baking Powder - doświadczenie z użyciem tego kosmetyku było co najmniej dziwne. Jestem na nie.
- Biotherm - Skin Best. Za treściwy dla mojej skóry, więc nie planuję zakupu. Myślę, że sucharki będą za to zadowolone.
- Nuxe, Creme Prodigieuse. Na wiosnę się nie nadaje, ponieważ nie chciał współpracować pod makijażem. Za to zimą moglibyśmy się zaprzyjaźnić.
- Nuxe, Creme Merveillance. Nadaje się do głębszych zmarszczek, więc jeszcze z jego zakupem muszę poczekać.
- Lierac, dwa kremy przeciwzmarszczkowe: Lipofilling i Coherence. Podobnie jak Nuxe, Creme Merveillance, na te kremy jeszcze dla mnie za wcześnie, choć próbki od czasu do czasu nie zaszkodzą.
- Bruno Banani Dangerous woman - próbka perfum. Dla mnie za bardzo waniliowe, więc nie planuję zakupu.
- Vichy, Idealia i Aqualia. W porządku, choć nie mam przekonania do tych kremów. Pachną mocno alkoholem i perfumami. Na szczęście nie podrażniły mojej skóry.
- Dwie próbki kremów z Korei, Watery Berry i V-line. Nic specjalnego nie wniosły do mojej pielęgnacji, więc nie zamierzam specjalnie sprowadzać ich z Azji.
Miałyście coś z mojego denka?
Jak Wasze denka w tym miesiącu?
Strony
▼
30 kwietnia 2014
29 kwietnia 2014
Haul z Polski
Wielkanoc spędziłam w Polsce i był to szalony tydzień. Pogoda wprawdzie nie dopisała, ale nie popsuło to mojego humoru. W dodatku jeszcze z Norwegii zrobiłam zamówienie z apteki internetowej Słonik w postaci leków i kosmetyków. Do mojej paczki trafiły same niezbędne rzeczy:
1. Skinoren, żel z kwasem azelainowym. Uznałam, że skoro ostatnio było o nim głośno w internecie, to dam mu szansę. Zresztą kosmetyki kupione w celu poprawy stanu cery zawsze są u mnie mile widziane. W Norwegii preparaty z powyższym kwasem dostępne są jedynie na receptę.
2. GorVita, żel aloesowy. Podobno bardzo dobry produkt na podrażnienia skóry, na oparzenia i alergie. Miałam okazję go użyć, gdy jeszcze w Polsce ugryzła mnie w kilku miejscach jakaś dziwna mucha. Złagodził skutki i ból jaki towarzyszył temu nieprzyjemnemu doświadczeniu.
3. LIERAC, olejek do demakijażu oczy i twarzy. Według opisu nadaje się do każdego rodzaju skóry, więc mam nadzieję, że na mojej, obecnie mieszanej cerze, się sprawdzi. Jestem przyzwyczajona do płynów micelarnych, ale skoro tak chwalicie ten olejek, to nie mogłam skorzystać z takiej okazji, jak wizyta w Polsce, by go kupić. W Norwegii firmy Lierac brak, ale można ratować się stronami zagranicznych sklepów.
4. Dwa kremy z filtrem 30SPF, jeden do ciała z firmy Bioderma, a drugi z Avene do twarzy. Przyszło słońce, więc czas najwyższy na stosowanie dobrych filtrów. W końcu mieszkam zarówno w górach, jak i nad morzem, a tutejsze słońce potrafi nieoczekiwanie opalić. Krem z Avene jest przeznaczony do tłustej skóry i podobno nie bieli. Biodermy w Norwegii brak, ale produkty Avene są na półkach w aptekach, np. Apotek1.
5. Auriga, odżywka do paznokci SI-NAILS. Walczę o piękną, nierozdwajająca się płytkę paznokci i ten preparat ma mi w tym pomóc. Co jest dla mnie istotne, to fakt, że nie zawiera formaldehydu. Nie pamiętam niestety, która z Was mi go poleciła na Instagramie, ale dziękuję :) Używam go obecnie razem z wcieraniem olejku Myrraolja.
6. Uriage, woda termalna. Taki must have na nadchodzące lato oraz w zakresie domowej pielęgnacji. Pewnie wiele z was go doskonale zna. Uwielbiam ten kosmetyk i z chęcią do niego wracam. Nie kojarzę czy ta firma jest dostępna w Norwegii. Jak ktoś z Was się lepiej orientuje, to proszę o informację w komentarzu.
Niektóre produkty ze zdjęć pochodzą z Rossmanna, Super-Pharm i od teściowej:
7. Isana Med, balsam do ciała z mocznikiem. Kupiony dzięki Waszym opiniom. Trafił do koszyka razem z pianką do golenia o zapachu brzoskwiń, której na zdjęciach brak, ponieważ od razy wylądowała w łazience. Isany w Norwegii oczywiście nie ma, ale innych pianek do golenia i balsamów można kupić tutaj sporo.
8. Etiaxil, silny antyperspirant na stresowe sytuacje. Kupiony w Super-Pharm w dobrej cenie, więc żal było nie wziąć. W Norwegii tej firmy nie ma w aptekach.
9. Argan Oil, serum do włosów, kupione również w Super-Pharm. Akurat dotychczas używane się skończyło i zdecydowałam, że to je zastąpi.
10. Organique, peeling żurawinowy do ciała. Chciałam bardzo dużo rzeczy z tej firmy, a wyszłam jedynie z tym jednym kosmetykiem. Jestem niepocieszona! Listę z produktami do kupienia w tym sklepie tworzę od nowa, ponieważ poprzednia przepadła.
11. Amway, antyperspirant w sprayu. Polecany przez teściową i od niej otrzymany. Jestem go bardzo ciekawa, ponieważ czytałam o produktach tej firmy, ale sama nie miałam okazji używać. Miałyście coś tej marki?
Oprócz powyższych zakupów pielęgnacyjnych odebrałam też zamówienie z Minti-Shop oraz zrobiłam małe zakupy w Douglas online i stacjonarnie:
12. Zoeva Classic Face set, zestaw 6 pędzli. Od dawna chciałam wypróbować te pędzle. Ich ceny są przyjemne dla porfela. Moje pierwsze wrażenie jest bardzo na TAK, więc zamówiłam już kolejne kilka sztuk. Nie polecam jedynie kosmetyczki, której zamek się zacina.
13. Essie, 3 lakiery do paznokci. To moje pierwsze 3 sztuki w odcieniu lapiz of luxury, find me an oasis i waltz. Kolory mają ciekawe, zwłaszcza zauroczył mnie niespotykany odcień niebieskiego w odcieniu lapiz of luxury. Niestety nie umiem poradzić sobie z poprawnym nałożeniem tych lakierów. Strasznie smużą! Macie jakieś sugestie jak je nakładać?
14. Dior, kolejny odcień fluidsticka. Nie mogłam się powstrzymać, ponieważ te hybrydy są cudowne. Dawno nie byłam tak zadowolona z kosmetyku do ust. Tym razem kupiłam odcień Wonderland 575. W Polsce ich cena jest trochę lepsza niż w Norwegii - 145pln, a do tego miałam zniżkę.
15. Nyx, bronzer Taupe. Podobno tani i dobry na początek. Ten odcień wydał mi się najodpowiedniejszy do nieopalonej twarzy.
16. Laura Mercier, puder sypki. Czekał na wishliście już długo, więc w końcu go kupiłam. Zamówienie składałam przez internet w Douglas, ponieważ we Wrocławiu szafy z tymi produktami nie było. Dobrze, że mój odcień jest transparentny, ponieważ w ciemno tak drogiego produktu kolorowego nigdy bym nie kupiła.
PS. Poinformowano mnie, że we wrocławskim salonie Douglas w Magnolii do wakacji ma zostać postawiona szafa z kosmetykami Laura Mercier.
Mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym. W każdym razie jestem bardzo zadowolona z tych zakupów, bo większość udało mi się kupić w promocyjnych cenach albo zdobyć takie kosmetyki, których marki w Norwegii są niedostępne.
1. Skinoren, żel z kwasem azelainowym. Uznałam, że skoro ostatnio było o nim głośno w internecie, to dam mu szansę. Zresztą kosmetyki kupione w celu poprawy stanu cery zawsze są u mnie mile widziane. W Norwegii preparaty z powyższym kwasem dostępne są jedynie na receptę.
2. GorVita, żel aloesowy. Podobno bardzo dobry produkt na podrażnienia skóry, na oparzenia i alergie. Miałam okazję go użyć, gdy jeszcze w Polsce ugryzła mnie w kilku miejscach jakaś dziwna mucha. Złagodził skutki i ból jaki towarzyszył temu nieprzyjemnemu doświadczeniu.
3. LIERAC, olejek do demakijażu oczy i twarzy. Według opisu nadaje się do każdego rodzaju skóry, więc mam nadzieję, że na mojej, obecnie mieszanej cerze, się sprawdzi. Jestem przyzwyczajona do płynów micelarnych, ale skoro tak chwalicie ten olejek, to nie mogłam skorzystać z takiej okazji, jak wizyta w Polsce, by go kupić. W Norwegii firmy Lierac brak, ale można ratować się stronami zagranicznych sklepów.
4. Dwa kremy z filtrem 30SPF, jeden do ciała z firmy Bioderma, a drugi z Avene do twarzy. Przyszło słońce, więc czas najwyższy na stosowanie dobrych filtrów. W końcu mieszkam zarówno w górach, jak i nad morzem, a tutejsze słońce potrafi nieoczekiwanie opalić. Krem z Avene jest przeznaczony do tłustej skóry i podobno nie bieli. Biodermy w Norwegii brak, ale produkty Avene są na półkach w aptekach, np. Apotek1.
5. Auriga, odżywka do paznokci SI-NAILS. Walczę o piękną, nierozdwajająca się płytkę paznokci i ten preparat ma mi w tym pomóc. Co jest dla mnie istotne, to fakt, że nie zawiera formaldehydu. Nie pamiętam niestety, która z Was mi go poleciła na Instagramie, ale dziękuję :) Używam go obecnie razem z wcieraniem olejku Myrraolja.
6. Uriage, woda termalna. Taki must have na nadchodzące lato oraz w zakresie domowej pielęgnacji. Pewnie wiele z was go doskonale zna. Uwielbiam ten kosmetyk i z chęcią do niego wracam. Nie kojarzę czy ta firma jest dostępna w Norwegii. Jak ktoś z Was się lepiej orientuje, to proszę o informację w komentarzu.
Niektóre produkty ze zdjęć pochodzą z Rossmanna, Super-Pharm i od teściowej:
7. Isana Med, balsam do ciała z mocznikiem. Kupiony dzięki Waszym opiniom. Trafił do koszyka razem z pianką do golenia o zapachu brzoskwiń, której na zdjęciach brak, ponieważ od razy wylądowała w łazience. Isany w Norwegii oczywiście nie ma, ale innych pianek do golenia i balsamów można kupić tutaj sporo.
8. Etiaxil, silny antyperspirant na stresowe sytuacje. Kupiony w Super-Pharm w dobrej cenie, więc żal było nie wziąć. W Norwegii tej firmy nie ma w aptekach.
9. Argan Oil, serum do włosów, kupione również w Super-Pharm. Akurat dotychczas używane się skończyło i zdecydowałam, że to je zastąpi.
10. Organique, peeling żurawinowy do ciała. Chciałam bardzo dużo rzeczy z tej firmy, a wyszłam jedynie z tym jednym kosmetykiem. Jestem niepocieszona! Listę z produktami do kupienia w tym sklepie tworzę od nowa, ponieważ poprzednia przepadła.
11. Amway, antyperspirant w sprayu. Polecany przez teściową i od niej otrzymany. Jestem go bardzo ciekawa, ponieważ czytałam o produktach tej firmy, ale sama nie miałam okazji używać. Miałyście coś tej marki?
Oprócz powyższych zakupów pielęgnacyjnych odebrałam też zamówienie z Minti-Shop oraz zrobiłam małe zakupy w Douglas online i stacjonarnie:
12. Zoeva Classic Face set, zestaw 6 pędzli. Od dawna chciałam wypróbować te pędzle. Ich ceny są przyjemne dla porfela. Moje pierwsze wrażenie jest bardzo na TAK, więc zamówiłam już kolejne kilka sztuk. Nie polecam jedynie kosmetyczki, której zamek się zacina.
13. Essie, 3 lakiery do paznokci. To moje pierwsze 3 sztuki w odcieniu lapiz of luxury, find me an oasis i waltz. Kolory mają ciekawe, zwłaszcza zauroczył mnie niespotykany odcień niebieskiego w odcieniu lapiz of luxury. Niestety nie umiem poradzić sobie z poprawnym nałożeniem tych lakierów. Strasznie smużą! Macie jakieś sugestie jak je nakładać?
14. Dior, kolejny odcień fluidsticka. Nie mogłam się powstrzymać, ponieważ te hybrydy są cudowne. Dawno nie byłam tak zadowolona z kosmetyku do ust. Tym razem kupiłam odcień Wonderland 575. W Polsce ich cena jest trochę lepsza niż w Norwegii - 145pln, a do tego miałam zniżkę.
15. Nyx, bronzer Taupe. Podobno tani i dobry na początek. Ten odcień wydał mi się najodpowiedniejszy do nieopalonej twarzy.
16. Laura Mercier, puder sypki. Czekał na wishliście już długo, więc w końcu go kupiłam. Zamówienie składałam przez internet w Douglas, ponieważ we Wrocławiu szafy z tymi produktami nie było. Dobrze, że mój odcień jest transparentny, ponieważ w ciemno tak drogiego produktu kolorowego nigdy bym nie kupiła.
PS. Poinformowano mnie, że we wrocławskim salonie Douglas w Magnolii do wakacji ma zostać postawiona szafa z kosmetykami Laura Mercier.
Mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym. W każdym razie jestem bardzo zadowolona z tych zakupów, bo większość udało mi się kupić w promocyjnych cenach albo zdobyć takie kosmetyki, których marki w Norwegii są niedostępne.
27 kwietnia 2014
Zestaw pędzli Real Techniques Core
Uważam, że pędzle do makijażu są niezbędne, ale każda z nas powinna znaleźć swoje ulubione. Wiecie, takie którymi malowanie będzie przyjemnością. Przeszło miesiąc temu kupiłam 4 pędzle w zestawie Core od firmy Real Techniques. Czytałam o nich wiele pozytywnych opinii, więc uznałam, że czas najwyższy samej się przekonać o ich świetności. Hmm...
Z perspektywy czasu sama nie wiem czego się właściwie spodziewałam. Przed kupnem nie miałam okazji obejrzeć ich na żywo, więc kierowałam się jedynie zdjęciami. Po rozpakowaniu paczki z zamówieniem, poczułam malutki zawód. Złote to one nie są, choć ich kolor może się kojarzyć się z dawnym rosyjskim złotem z czasów PRL. Rączki pędzli wykończone są dodatkowo na dole czarną gumą. Niektóre z nich można postawić pionowo, prawie jak kabuki.
Włosie wykonane jest syntetyczne z włókna Taklon, czyli odpowiednio spreparowanego poliestru. Ma ono regularną średnicę, dzięki czemu brud nie trzyma się mocno. Inaczej jest w naturalnych włosiach, gdzie poszczególne włókna mają nieregularną powierzchnię i dlatego tak trudno je domyć. Sztuczne pędzle mają też pozytywne znaczenie dla osób, które stronią od produktów odzwierzęcych czy ze względu na brak alergenów.
Zestaw Real Techniques Core wygląda na porządnie wykonany, mimo że został wyprodukowany w Chinach, o czym informuje napis na opakowaniu. Dołączono do niego czarne podróżne etui, dla mnie akurat zbędne, ponieważ nie podróżuję z dużymi pędzlami.
Każdy z pędzli jest podpisany zgodnie z funkcją, do której jest przeznaczony:
- precyzyjny pędzel do malowania ust,
- buffing brush, pędzel do pudru,
- pointed foundation brush, pędzel języczkowy do podkładu,
- pędzel do konturowania.
Z perspektywy czasu sama nie wiem czego się właściwie spodziewałam. Przed kupnem nie miałam okazji obejrzeć ich na żywo, więc kierowałam się jedynie zdjęciami. Po rozpakowaniu paczki z zamówieniem, poczułam malutki zawód. Złote to one nie są, choć ich kolor może się kojarzyć się z dawnym rosyjskim złotem z czasów PRL. Rączki pędzli wykończone są dodatkowo na dole czarną gumą. Niektóre z nich można postawić pionowo, prawie jak kabuki.
Włosie wykonane jest syntetyczne z włókna Taklon, czyli odpowiednio spreparowanego poliestru. Ma ono regularną średnicę, dzięki czemu brud nie trzyma się mocno. Inaczej jest w naturalnych włosiach, gdzie poszczególne włókna mają nieregularną powierzchnię i dlatego tak trudno je domyć. Sztuczne pędzle mają też pozytywne znaczenie dla osób, które stronią od produktów odzwierzęcych czy ze względu na brak alergenów.
Zestaw Real Techniques Core wygląda na porządnie wykonany, mimo że został wyprodukowany w Chinach, o czym informuje napis na opakowaniu. Dołączono do niego czarne podróżne etui, dla mnie akurat zbędne, ponieważ nie podróżuję z dużymi pędzlami.
Każdy z pędzli jest podpisany zgodnie z funkcją, do której jest przeznaczony:
- precyzyjny pędzel do malowania ust,
- buffing brush, pędzel do pudru,
- pointed foundation brush, pędzel języczkowy do podkładu,
- pędzel do konturowania.
Początkowo próbowałam używać je zgodnie z przeznaczeniem, ale to nie było takie łatwe.
Odkryłam, że jedynie najmniejszy z nich, czyli precyzyjny, spełnia się w przypisanej mu roli, czyli jako pędzelek do ust. Z nim pomalowanie warg każdą pomadką czy nowymi hybrydami Dior, nie stanowi już problemu. W dodatku taklon sprawia, że łatwiej go domyć.
Buffing brush według mnie jako pędzel do pudru jest za mały, ponieważ do tego celu najbardziej lubię duże puszyste kabuki. Sprawdza się jednak do nakładania podkładu w płynie, zwłaszcza takiego rzadkiego jak Dior forever. Cenię go za miękkość i możliwość dokładnego rozprowadzenia kosmetyków. Jedyną jego wadą jest długie schnięcie. To jest mój ulubiony pędzelek z tego zestawu.
Pointed foundation brush, to chyba pomyłka. Najbardziej kłujący i nieprzyjemny pędzelek z jakim miałam dotychczas do czynienia. Próbowałam używać go do korektora na niedoskonałości, do korektora pod oczy, do podkładu i do cieni. Naprawdę nie wiem po co go mam.
Ostatni z pędzli przeznaczony jest do konturowania. Jednak ja nim różu i bronzera nie potrafię poprawnie położyć. Za to blendowania korektora pod oczami nadaje się znakomicie i w ten sposób go używam. Jest taka milutką dużą kulką delikatnie zwężoną na czubku, co sprawia, że ładnie rozciera korektor na delikatnej skórze.
Swój zestaw kupiłam w norweskim sklepie blush.no w promocji za 160 kr (80zł). Szczerze mówiąc 20zł za pędzelek to nie są duże pieniądze, ale więcej nie warto za nie płacić. Nie do końca rozumiem też zachwyt nad tymi pędzlami, jaki mogłam przeczytać w internecie. Nie wiem czy kiedykolwiek kupię jeszcze coś od firmy Real Techniques. Swoją ciekawość w tym zakresie zaspokoiłam. Czas więc na Zoevę :)
Buffing brush według mnie jako pędzel do pudru jest za mały, ponieważ do tego celu najbardziej lubię duże puszyste kabuki. Sprawdza się jednak do nakładania podkładu w płynie, zwłaszcza takiego rzadkiego jak Dior forever. Cenię go za miękkość i możliwość dokładnego rozprowadzenia kosmetyków. Jedyną jego wadą jest długie schnięcie. To jest mój ulubiony pędzelek z tego zestawu.
Pointed foundation brush, to chyba pomyłka. Najbardziej kłujący i nieprzyjemny pędzelek z jakim miałam dotychczas do czynienia. Próbowałam używać go do korektora na niedoskonałości, do korektora pod oczy, do podkładu i do cieni. Naprawdę nie wiem po co go mam.
Ostatni z pędzli przeznaczony jest do konturowania. Jednak ja nim różu i bronzera nie potrafię poprawnie położyć. Za to blendowania korektora pod oczami nadaje się znakomicie i w ten sposób go używam. Jest taka milutką dużą kulką delikatnie zwężoną na czubku, co sprawia, że ładnie rozciera korektor na delikatnej skórze.
Swój zestaw kupiłam w norweskim sklepie blush.no w promocji za 160 kr (80zł). Szczerze mówiąc 20zł za pędzelek to nie są duże pieniądze, ale więcej nie warto za nie płacić. Nie do końca rozumiem też zachwyt nad tymi pędzlami, jaki mogłam przeczytać w internecie. Nie wiem czy kiedykolwiek kupię jeszcze coś od firmy Real Techniques. Swoją ciekawość w tym zakresie zaspokoiłam. Czas więc na Zoevę :)
13 kwietnia 2014
Nowość od DIOR - Addict Fluid stick 753 Open Me
Jeśli nie lubicie klejących się błyszczyków, szminek wysuszających usta oraz znikających w nienaturalny sposób, to najnowszy produkt - hybryda firmy DIOR jest dla Was! Kampania reklamowa tak mnie zauroczyła, że od razu wiedziałam, iż przynajmniej jeden kolor tego fluidu wpadnie do mojej kosmetyczki. Chciałam coś elektryzującego spojrzenie. DIOR wyprodukował aż 16 odcieni. W Norwegii hybrydy dostępne są od 29 marca 2014, więc wyjątkowo szybko w stosunku do reszty świata. Oczywiście nie wszystkie perfumerie mają je od razu.
W celu zakupu trafiłam do "Kicks", to taka norweska drogeria ze wszystkim, ale zazwyczaj cenami z kosmosu. Można mieć oczywiście kartę lojalnościową i przystąpić do klubu klienta, co pozwala otrzymywać różne rabaty, ale to temat na inny wpis.
Po przekroczeniu progu sklepu zdziwiło mnie, że po tygodniu testery wyglądały jak nowe i w spokoju można było każdy sprawdzić na swojej skórze. Za to też lubię Norwegię, bo nikt się tu nie rzuca na nowości albo jest ich po prostu tyle, że dla każdego starczy. Spodobały mi się aż 4 odcienie: 575 Wonderland, 753 Open Me, 754 Pandore i 872 Mona Lisette. Gdybym mogła, to wzięłabym każdy z nich. Cenę ustawiono jednak zabójczą dla mojego portfela: 320 kr (~160pln). Pozwoliłam sobie jedynie na jeden odcień, który widziałam na pięknych plakatach reklamowych, czyli 753 Open Me.
DIOR Addict Fluid stick nie pachnie i nie smakuje w żaden sposób. Dla mnie to wielka zaleta, ponieważ najbardziej lubię takie bezzapachowe i bezsmakowe kolorowe produkty do ust. Opakowanie przypomina klasyczne doskonale znane błyszczyki DIOR Addict. Jednak w pierwszej chwili wydaje się ono większe i cięższe, ale to tylko złudzenie, ponieważ pojemność DIOR addict była 6 ml, a fluid stick ma 5,5 ml. Wielka szkoda, że jest go mniej, zwłaszcza za tak wysoką cenę.
Nigdy nie czytałam składu kosmetyków do makijażu ust, ale ten zaskoczył mnie swoją długością:
Te wszystkie niedogodności wynagradza jednak kolor, żelowa formuła i nawilżenie ust. Nie mam do czego się przyczepić. Gdybym nie jadła i piła w ciągu dnia, to fluid stick trzymałby się na moich ustach cały dzień. Dodam też, że intensywność można stopniować. Jeśli chcę mieć delikatniejszy odcień to nakładam produkt przy pomocy pędzelka. Fluid stick pięknie błyszczy w słońcu, mimo, że nie ma w nim drobinek. Cóż mogę Wam więcej napisać? Uwielbiam go z całego serca!
W internecie można podejrzeć swatche pozostałych odcieni. Mój 753 Open Me jest czerwienią, która w zależności od światła zmienia się od bardziej różowej do koralowej.
Podsumowując:
Umalowana tym błyszczykiem czuję się niesamowicie pewna siebie i mam ochotę co chwilę przeglądać się w lustrze.
Macie takie typy kosmetyków do ust? Chętnie je poznam :)
W celu zakupu trafiłam do "Kicks", to taka norweska drogeria ze wszystkim, ale zazwyczaj cenami z kosmosu. Można mieć oczywiście kartę lojalnościową i przystąpić do klubu klienta, co pozwala otrzymywać różne rabaty, ale to temat na inny wpis.
Po przekroczeniu progu sklepu zdziwiło mnie, że po tygodniu testery wyglądały jak nowe i w spokoju można było każdy sprawdzić na swojej skórze. Za to też lubię Norwegię, bo nikt się tu nie rzuca na nowości albo jest ich po prostu tyle, że dla każdego starczy. Spodobały mi się aż 4 odcienie: 575 Wonderland, 753 Open Me, 754 Pandore i 872 Mona Lisette. Gdybym mogła, to wzięłabym każdy z nich. Cenę ustawiono jednak zabójczą dla mojego portfela: 320 kr (~160pln). Pozwoliłam sobie jedynie na jeden odcień, który widziałam na pięknych plakatach reklamowych, czyli 753 Open Me.
DIOR Addict Fluid stick nie pachnie i nie smakuje w żaden sposób. Dla mnie to wielka zaleta, ponieważ najbardziej lubię takie bezzapachowe i bezsmakowe kolorowe produkty do ust. Opakowanie przypomina klasyczne doskonale znane błyszczyki DIOR Addict. Jednak w pierwszej chwili wydaje się ono większe i cięższe, ale to tylko złudzenie, ponieważ pojemność DIOR addict była 6 ml, a fluid stick ma 5,5 ml. Wielka szkoda, że jest go mniej, zwłaszcza za tak wysoką cenę.
Nigdy nie czytałam składu kosmetyków do makijażu ust, ale ten zaskoczył mnie swoją długością:
Te wszystkie niedogodności wynagradza jednak kolor, żelowa formuła i nawilżenie ust. Nie mam do czego się przyczepić. Gdybym nie jadła i piła w ciągu dnia, to fluid stick trzymałby się na moich ustach cały dzień. Dodam też, że intensywność można stopniować. Jeśli chcę mieć delikatniejszy odcień to nakładam produkt przy pomocy pędzelka. Fluid stick pięknie błyszczy w słońcu, mimo, że nie ma w nim drobinek. Cóż mogę Wam więcej napisać? Uwielbiam go z całego serca!
W internecie można podejrzeć swatche pozostałych odcieni. Mój 753 Open Me jest czerwienią, która w zależności od światła zmienia się od bardziej różowej do koralowej.
Podsumowując:
Umalowana tym błyszczykiem czuję się niesamowicie pewna siebie i mam ochotę co chwilę przeglądać się w lustrze.
Macie takie typy kosmetyków do ust? Chętnie je poznam :)
10 kwietnia 2014
Koreański - IOPE Moisture skin soft peeling gel
Używacie peelingów do twarzy? Ja się od nich uzależniłam i codziennie wieczorem z nich korzystam. Mam wrażenie, że moja skóra nie lubi rutyny, więc jestem zmuszona stosować na zmianę łagodniejsze i mocniejsze wersje scrubów. Pamiętacie pewnie, że mojej twarzy niestraszny nawet peeling solny. Oczywiście nie zawsze tak było, ale obecnie nie mogę narzekać na podrażnienia. Przedstawiam Wam wypatrzony we wpisie u Sroki, zresztą jak większość mojej azjatyckiej pielęgnacji, produkt IOPE, który jest bardzo delikatnym peelingiem do twarzy.
Każdego dnia moja skóra narażona jest na wszędobylskie zanieczyszczenia, które osiadają i w nią wnikają, więc zwykłe mycie nie wystarczy. Clarisonica jeszcze nie mam, więc peeling jest w moim przypadku niezbędny. Najważniejsze, że kosmetyk jest niezwykle delikatny, co od razu widać poprzez jego formułę niezawierającą ostrych ziarenek i przypominającą krem. Widoczne na zdjęciu niebieskie drobinki rozpuszczają się od razu pod wpływem rozcierania, więc nie czuć ich wcale na twarzy. Nie mam pojęcia co zawiera INCI, ponieważ wszystko jest w koreańskich krzaczkach.
Moja pielęgnacja wygląda następująco:
Po zmyciu makijażu i wysuszeniu skóry, nakładam peeling na twarz od razu ją masując. Trwa to około 2 minut i po tym czasie zmywam zrolowane resztki produktu razem z martwym naskórkiem. Skóra oddycha i skrzypi czystością bez zbędnego ściągnięcia. Ma się ochotę ją ciągle dotykać.
Odkąd używam produkt IOPE wraz z serum od Skin79 wyskoczyła mi tylko jedna niespodzianka na twarzy. Stosuję go od początku miesiąca co drugi dzień i jestem nim zachwycona. Jak tak dalej pójdzie to przerzucę się wyłącznie na produkty z Azji.
Dodatkowo ma piękny kwiatowy zapach, który przypomina kosmetyki z wyższej półki. Zauważyliście, że koreańskie kosmetyki zazwyczaj pięknie pachną?
IOPE Moisture skin soft peeling gel kupiłam przez ebay z wysyłką do Norwegii. Kosztował około 25$ (~77zł). Niestety nie mam do czego go porównać, ponieważ pierwszy raz mam do czynienia z takim kosmetykiem. Wszelkie peelingi w żelu od Lirene, które wydawały się kiedyś dobre dla mnie, obecnie nie spełniają oczekiwań.
strona z asortymentem firmy IOPE
Kosmetyki koreańskiej firmy IOPE łączą w sobie tradycyjne azjatyckie sekrety urody z nowoczesną technologią. Zawierają głównie zieloną herbatę, bambus, czerwony żeń-szeń, aloes i oczar. Dodatkowo, by mieć większą kontrolę na surowcami do produkcji kosmetyków, firma IOPE uprawia własne rośliny.
Każdego dnia moja skóra narażona jest na wszędobylskie zanieczyszczenia, które osiadają i w nią wnikają, więc zwykłe mycie nie wystarczy. Clarisonica jeszcze nie mam, więc peeling jest w moim przypadku niezbędny. Najważniejsze, że kosmetyk jest niezwykle delikatny, co od razu widać poprzez jego formułę niezawierającą ostrych ziarenek i przypominającą krem. Widoczne na zdjęciu niebieskie drobinki rozpuszczają się od razu pod wpływem rozcierania, więc nie czuć ich wcale na twarzy. Nie mam pojęcia co zawiera INCI, ponieważ wszystko jest w koreańskich krzaczkach.
Moja pielęgnacja wygląda następująco:
Po zmyciu makijażu i wysuszeniu skóry, nakładam peeling na twarz od razu ją masując. Trwa to około 2 minut i po tym czasie zmywam zrolowane resztki produktu razem z martwym naskórkiem. Skóra oddycha i skrzypi czystością bez zbędnego ściągnięcia. Ma się ochotę ją ciągle dotykać.
Odkąd używam produkt IOPE wraz z serum od Skin79 wyskoczyła mi tylko jedna niespodzianka na twarzy. Stosuję go od początku miesiąca co drugi dzień i jestem nim zachwycona. Jak tak dalej pójdzie to przerzucę się wyłącznie na produkty z Azji.
Dodatkowo ma piękny kwiatowy zapach, który przypomina kosmetyki z wyższej półki. Zauważyliście, że koreańskie kosmetyki zazwyczaj pięknie pachną?
IOPE Moisture skin soft peeling gel kupiłam przez ebay z wysyłką do Norwegii. Kosztował około 25$ (~77zł). Niestety nie mam do czego go porównać, ponieważ pierwszy raz mam do czynienia z takim kosmetykiem. Wszelkie peelingi w żelu od Lirene, które wydawały się kiedyś dobre dla mnie, obecnie nie spełniają oczekiwań.
strona z asortymentem firmy IOPE
6 kwietnia 2014
Hakuhodo - pędzel do nakładania cieni J005
Podobno pędzle Hakuhodo to Mercedesy wśród akcesoriów do nakładania makijażu. W mojej toaletce gości jedyny pędzelek z tej firmy i o nim będzie dzisiejszy wpis. Możliwe, że część z Was zastanawia się czy warto sprawić sobie taki drogi produkt. Odpowiadam od razu, że tak. Gdybym miała możliwość kupić stacjonarnie, to skusiłabym się jeszcze na chociaż jeden z włosiem z błękitnej wiewiórki.
Tymczasem mój model pędzla to J005 z końskim włosiem. Jest on przeznaczony do nakładania cieni i blendowania ich oraz do rysowania linii żelowym eyelinerem. Sprawdza się w miejscach, które wymagają większej precyzji, ponieważ ma ma krótkie miękkie włosie (tylko 6,3 mm). Producent zapewnia, że można go też wykorzystywać do kosmetyków w kremie, płynnych lub nawet sypkich pudrów.
Sam w sobie jest piękny i doskonale wykonany. Widać od razu, że jest to pędzel z wyższej półki. Rączka to drewno polakierowane na czarny kolor z srebrnym napisem HAKUHODO J 005. Skuwka jest wykonana z niklowanego mosiądzu.
Jest mały i początkowo wydawało mi się, że sprawdzi się jedynie jako pędzelek do ust. Jednak od kiedy użyłam go na powiece, towarzyszy mi już zawsze przy makijażu oczu. Szkoda żeby używać go do szminek, które później trudno się spierają z włosia. Od tego mam przecież inne pędzelki.
To cudeńko od Hakuhodo ma zaokrąglone włosie, które jest jednocześnie bardzo ciasne, co umożliwia zrobienie przez laika pełnego makijażu oka. Nic przy tym nie kłuje i nie drapie. Dodatkowo przez to, że jest taki zbity, łatwo nabiera cienie, nawet takie z gorszą pigmentacją. U mnie jest on przeznaczony do zabierania w podróże, gdzie służy głównie do nakładania cienia i robienia kreski eyelinerem. Jednak tak bardzo go lubię, że używam w codziennym makijażu. Mam jednak nadzieję, że będzie ze mną już przez całe życie.
Do kupienia tutaj.
Tymczasem mój model pędzla to J005 z końskim włosiem. Jest on przeznaczony do nakładania cieni i blendowania ich oraz do rysowania linii żelowym eyelinerem. Sprawdza się w miejscach, które wymagają większej precyzji, ponieważ ma ma krótkie miękkie włosie (tylko 6,3 mm). Producent zapewnia, że można go też wykorzystywać do kosmetyków w kremie, płynnych lub nawet sypkich pudrów.
Sam w sobie jest piękny i doskonale wykonany. Widać od razu, że jest to pędzel z wyższej półki. Rączka to drewno polakierowane na czarny kolor z srebrnym napisem HAKUHODO J 005. Skuwka jest wykonana z niklowanego mosiądzu.
Jest mały i początkowo wydawało mi się, że sprawdzi się jedynie jako pędzelek do ust. Jednak od kiedy użyłam go na powiece, towarzyszy mi już zawsze przy makijażu oczu. Szkoda żeby używać go do szminek, które później trudno się spierają z włosia. Od tego mam przecież inne pędzelki.
To cudeńko od Hakuhodo ma zaokrąglone włosie, które jest jednocześnie bardzo ciasne, co umożliwia zrobienie przez laika pełnego makijażu oka. Nic przy tym nie kłuje i nie drapie. Dodatkowo przez to, że jest taki zbity, łatwo nabiera cienie, nawet takie z gorszą pigmentacją. U mnie jest on przeznaczony do zabierania w podróże, gdzie służy głównie do nakładania cienia i robienia kreski eyelinerem. Jednak tak bardzo go lubię, że używam w codziennym makijażu. Mam jednak nadzieję, że będzie ze mną już przez całe życie.
Do kupienia tutaj.
3 kwietnia 2014
Nowości w marcu - Dior, Guerlain, Depend, Skin79, Real Techniques, Missha

Kupiłam w marcu kilka kosmetyków, którymi dzisiaj się z Wami podzielę. Część wynikała z potrzeby, a część z zachcianki lub skusiłam się po prostu na promocje. Wiem, że ostatnio publikowałam wishlistę, ale zamierzam ją zacząć realizować teraz w kwietniu. Część rzeczy kupię w Polsce, ponieważ tak będą szybciej u mnie. Mam nadzieję też na zniżki. Te dzisiejsze zakupy są z marca, poza listą - rozumiecie :D
Nie ma ich dużo, ale tradycyjnie staram się kupować dobre jakościowo rzeczy, które niestety kosztują więcej, a wiadomo, że budżet zawsze jest czymś ograniczony.
1. DIOR Rouge szminka 264 Mitzah Lilac, która zarzuciła na mnie sieć promocyjną ceną i kolorem. Chciałam kupić nowość od Estee Lauder, ale jeszcze nie były dostępne w mojej Perfumerii i padło na DIOR Rouge. Pokażę ją Wam w którymś kolejnym wpisie, bo jest warta oddzielnego posta. Dodam tylko, że ostatnio się z nią nie rozstaję. Prawdziwa delikatna lilja.
2. Diorskin Forever, podkład w najjaśniejszym kolorze 010, który mieszkam z Estee Lauder DW 1W1. Kupiłam Foreverka ponieważ wydaje mi się, że jednak Estee Lauder jest dla mnie za żółty i potrzebuję coś bardziej w różowym tonie, jak 010 od Diora. Używam i na razie wyrabiam sobie o nim zdanie. Sama nie wiem co myśleć o tak zachwalanym na blogach podkładzie. Miłości między nami nie widzę w tym momencie.
3. DIOR pędzelek do ust, który jest zamykany, co pozwala zabierać go wszędzie w torebce. Firma zaopatrzyła go w malutkie etui, dzięki czemu nawet rączka pędzelka się nie zniszczy. Potrzebowałam go do tej szminki, którą teraz ciągle noszę w torebce.
4. Depend Myrraolja, czyli odżywczy olejek do paznokci, który ma je wzmocnić i nawilżać. Depend to skandynawska marka produktów do paznokci. Nie zawiera formaldehydu i innych "złych" rozpuszczalników organicznych. Stosuję regularnie i czekam na efekty, których dotychczas brak.
5. Skin79, The Oriental Double Perfection Eye Healer, to krem pod oczy, na który skusiłam się przez blog Sroki. Kupiłam przez Ebay od koreańskiego sprzedawcy i już używam od miesiąca. Uwielbiam go za całokształt i mam nadzieję, że to się nie zmieni z czasem. Widzę dla nas przyszłość.

6. Real Technics pędzle w zestawie Core. Zestaw 4 pędzli w złotym kolorze, który wielokrotnie widuję na blogach. Trafił się w promocji za 160 kr (80zł), więc żal było nie spróbować. W końcu to tylko 20 zł za jeden pędzelek :) Używam ich, ale liczyłam na trochę więcej. Włosie mięciutkie, ale coś w nich jest takiego, że nie do końca mogę je rozgryźć. Próbuję stosować do różnych produktów i miejsc na twarzy i wierzę, że w końcu znajdę dla każdego dobre zastosowanie.
7. EOS, naturalna pomadka ochronna o smaku mandarynek. Po prostu musiałam ją kupić. Truskawkowy sorbet, o którym czytaliście w marcu, tak mnie uzależnił, że nie dało się inaczej. Jeszcze nie otworzyłam, ale wiem, że to był dobry zakup.
8. Guerlain błyszczyk KissKiss, który wygrałam na blogu Kasi. W złotym opakowaniu już z daleka ładnie się prezentuje wśród pozostałych kosmetyków. Kolor to taka typowa malina, z którą się polubiłam od pierwszego maźnięcia. Pasuje do mych ust idealnie. Też muszę go Wam pokazać!
9. MISSHA Signature Wrinkle Filler BB krem. Kupiłam dla radości mych oczu, ponieważ jego opakowanie to prawdziwe dzieło sztuki koreańskiej. A tak serio, to miałam kilka próbek innych BB kremów z Korei i tak wydał się najodpowiedniejszy i cenę też miał przyjemną i na blogu Sroki chwalony...(Przez nią to ja niedługo pójdę z torbami, ale azjatyckich kosmetyków). Używałam już kilka razy, ale oszczędzam, bo szkoda, by za szybko się skończył. Idealny produkt na lato.
4. Depend Myrraolja, czyli odżywczy olejek do paznokci, który ma je wzmocnić i nawilżać. Depend to skandynawska marka produktów do paznokci. Nie zawiera formaldehydu i innych "złych" rozpuszczalników organicznych. Stosuję regularnie i czekam na efekty, których dotychczas brak.
5. Skin79, The Oriental Double Perfection Eye Healer, to krem pod oczy, na który skusiłam się przez blog Sroki. Kupiłam przez Ebay od koreańskiego sprzedawcy i już używam od miesiąca. Uwielbiam go za całokształt i mam nadzieję, że to się nie zmieni z czasem. Widzę dla nas przyszłość.

6. Real Technics pędzle w zestawie Core. Zestaw 4 pędzli w złotym kolorze, który wielokrotnie widuję na blogach. Trafił się w promocji za 160 kr (80zł), więc żal było nie spróbować. W końcu to tylko 20 zł za jeden pędzelek :) Używam ich, ale liczyłam na trochę więcej. Włosie mięciutkie, ale coś w nich jest takiego, że nie do końca mogę je rozgryźć. Próbuję stosować do różnych produktów i miejsc na twarzy i wierzę, że w końcu znajdę dla każdego dobre zastosowanie.
7. EOS, naturalna pomadka ochronna o smaku mandarynek. Po prostu musiałam ją kupić. Truskawkowy sorbet, o którym czytaliście w marcu, tak mnie uzależnił, że nie dało się inaczej. Jeszcze nie otworzyłam, ale wiem, że to był dobry zakup.
8. Guerlain błyszczyk KissKiss, który wygrałam na blogu Kasi. W złotym opakowaniu już z daleka ładnie się prezentuje wśród pozostałych kosmetyków. Kolor to taka typowa malina, z którą się polubiłam od pierwszego maźnięcia. Pasuje do mych ust idealnie. Też muszę go Wam pokazać!
9. MISSHA Signature Wrinkle Filler BB krem. Kupiłam dla radości mych oczu, ponieważ jego opakowanie to prawdziwe dzieło sztuki koreańskiej. A tak serio, to miałam kilka próbek innych BB kremów z Korei i tak wydał się najodpowiedniejszy i cenę też miał przyjemną i na blogu Sroki chwalony...(Przez nią to ja niedługo pójdę z torbami, ale azjatyckich kosmetyków). Używałam już kilka razy, ale oszczędzam, bo szkoda, by za szybko się skończył. Idealny produkt na lato.
1 kwietnia 2014
Inglot - baza pod cienie i koralowa szminka 146
Dzisiaj postanowiłam Was ostrzec przed zakupem poniższych produktów, które u mnie się nie sprawdziły. Niechlubnymi bohaterami posta zostają produkty firmy Inglot: baza pod cienie oraz koralowa szminka o numerze 146.
Zazwyczaj wymagam od kosmetyków dużo, najlepiej gdy spełniają wszystkie obietnice producenta oraz dodatkowo moje własne. Oczywiście biorę też poprawkę na stosunek jakość/cena.
W przypadku bazy pod cienie chcę, by podbijała kolor nakładanych cieni i utrzymywała je na powiece jak najdłużej. Niestety kosmetyk Inglota nie robi ani jednego, ani drugiego. Cienie po pół godzinie potrafią się zrolować w załamaniu i sobie tam trwać w najlepsze. Nie ma znaczenia czy nakładam cień Inglot, MAC czy DIOR. Z żadnym sobie nie radzi! Nie wiem co mnie podkusiło, by ją kupić.
Jest ze mną od czerwca ubiegłego roku, więc ciągle w terminie ważności, który wynosi 12 miesięcy od otwarcia. Kolor jest neutralny na skórze i bez problemu się rozciera na powiece przy pomocy palca. Baza pozwala również blendować cienie z łatwością, ale to jedyne jej zalety.
Koralowa szminka 146, której kolor zachwycił mnie w sklepie. Według Inglot, jest to tradycyjna pomadka, która dzięki zawartości witaminy E i oleju z pestek brzoskwini, będzie pielęgnować i nawilżać nasze usta.
Zacznę od opakowania, który jest piękne i porządnie wykonane. Wydaje się wręcz, że mamy do czynienia z lepszą wersją Chanel w dodatku o pojemności aż 4,5 grama. To dużo, bo zazwyczaj szminki mają od 2-3,5 grama. Odcień pomadki też jest śliczny, ponieważ to taki prawdziwy brzoskwiniowy kolor, idealny na wiosenne spacery. Nie jest całkowicie matowa, tylko zawiera drobne migoczące perłowym blaskiem elementy, których nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Na ustach te drobinki są niewidoczne.
Teraz wady...Zapach, których przypomina pudrowe perfumy, których nie znoszę i smak kremu do rąk. W dodatku już pierwsza warstwa, która w żaden sposób nie pokrywa warg w całości, zbiera się w załamaniach. Błyskawicznie wysusza usta, obojętnie czy pod nią posmaruję je pomadką ochronną i na wierzch dam błyszczyk. Jeśli myślicie, że nie macie suchych skórek na wargach, ona je znajdzie i pokaże wszystkim dookoła.
O ile cienie i lakiery do paznokci od Inglota mnie nie zawodzą, to bazy pod cienie i pomadek będę unikać. Ciekawostką może być fakt, że zazwyczaj norweska blogosfera zachwala kosmetyki Inglota. Od października 2013 roku w Oslo otworzono pierwszy sklep tej marki oraz udostępniony jest sklep internetowy. Oczywiście ceny są czasami nawet kilkukrotnie wyższe niż znane mi z Polski.
Co myślicie o produktach Inglot?
Czy wśród pomadek zdarzają się nawilżające w pięknych kolorach?
Zazwyczaj wymagam od kosmetyków dużo, najlepiej gdy spełniają wszystkie obietnice producenta oraz dodatkowo moje własne. Oczywiście biorę też poprawkę na stosunek jakość/cena.
W przypadku bazy pod cienie chcę, by podbijała kolor nakładanych cieni i utrzymywała je na powiece jak najdłużej. Niestety kosmetyk Inglota nie robi ani jednego, ani drugiego. Cienie po pół godzinie potrafią się zrolować w załamaniu i sobie tam trwać w najlepsze. Nie ma znaczenia czy nakładam cień Inglot, MAC czy DIOR. Z żadnym sobie nie radzi! Nie wiem co mnie podkusiło, by ją kupić.
Jest ze mną od czerwca ubiegłego roku, więc ciągle w terminie ważności, który wynosi 12 miesięcy od otwarcia. Kolor jest neutralny na skórze i bez problemu się rozciera na powiece przy pomocy palca. Baza pozwala również blendować cienie z łatwością, ale to jedyne jej zalety.
Koralowa szminka 146, której kolor zachwycił mnie w sklepie. Według Inglot, jest to tradycyjna pomadka, która dzięki zawartości witaminy E i oleju z pestek brzoskwini, będzie pielęgnować i nawilżać nasze usta.
Zacznę od opakowania, który jest piękne i porządnie wykonane. Wydaje się wręcz, że mamy do czynienia z lepszą wersją Chanel w dodatku o pojemności aż 4,5 grama. To dużo, bo zazwyczaj szminki mają od 2-3,5 grama. Odcień pomadki też jest śliczny, ponieważ to taki prawdziwy brzoskwiniowy kolor, idealny na wiosenne spacery. Nie jest całkowicie matowa, tylko zawiera drobne migoczące perłowym blaskiem elementy, których nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Na ustach te drobinki są niewidoczne.
![]() |
| Na górze baza Inglot, na dole szminka. |
O ile cienie i lakiery do paznokci od Inglota mnie nie zawodzą, to bazy pod cienie i pomadek będę unikać. Ciekawostką może być fakt, że zazwyczaj norweska blogosfera zachwala kosmetyki Inglota. Od października 2013 roku w Oslo otworzono pierwszy sklep tej marki oraz udostępniony jest sklep internetowy. Oczywiście ceny są czasami nawet kilkukrotnie wyższe niż znane mi z Polski.
Co myślicie o produktach Inglot?
Czy wśród pomadek zdarzają się nawilżające w pięknych kolorach?








































