Jestem szczęściarą! Przez zupełny przypadek odkryłam wspaniały produkt. Znacie to? Do darmowej dostawy w sklepie internetowym brakuje kilku złotych, więc dorzucacie coś nowego, ale bez specjalnego przekonania? Tak właśnie zrobiłam w maju w sklepie Feelunique.com, więc teraz mogę wam pokazać produkt, z którego jestem bardzo zadowolona.
Jest to maskara firmy Kardashian Beauty "Out to there". Tusz zamknięty był w szczelnym blistrze, więc mam 100% pewności, że nikt go nie otworzył wcześniej. Sama tubka jest minimalistyczna, czarna i nie grzeszy luksusem. W środku jest 9 ml bardzo mocnego czarnego tuszu. To co mnie zaskoczyło to szczoteczka. Jest sztywna i łukowata, w dodatku po jednej stronie jej włoski są dłuższe. Myślę, że trik polega na tym, by użyć strony z krótkimi włoskami do dolnych rzęs, a z długimi do górnych. Na zasadzie podobieństwa. Przynajmniej ja tak używam tego tuszu.
Testowałam go w wielu dostępnych warunkach pogodowych i mimo, że nie jest wodoodporny, nie rozmazał się podczas ulewy, łzawiących oczu czy upałów, które doświadczyłam na Korfu. Na zdjęciu mam na rzęsach jedną warstwę maskary i nie użyłam zalotki, by pokazać wam po prostu rzeczywisty efekt, jaki daje. Mnie się on podoba i do delikatnych makijaży świetnie pasuje. Oczywiście lubię mieć zazwyczaj jeszcze mocniej podkreślone rzęsy, więc używam zalotki i dokładam jeszcze jedną warstwę. Całość rozczesuję grzebykiem z MAC (który jest w porządku, ale Inglot lepszy).
Skład:
Z tuszami często mam taki problem, że są dla mnie za mokre i muszę czekać kilka tygodni, by maskara w spokoju "dojrzała". Tutaj tego nie stosowałam, ponieważ potrzebowałam tuszu na już, po tym jak poprzedni - Ultraflesh się zupełnie nie sprawdził i wylądował w denkowym koszu...Nie czułam też takiej potrzeby, ponieważ od pierwszego użycia wiedziałam, że się polubimy.
Miałyście coś z firmy Kardashian beauty? Mam ochotę kupić od nich coś jeszcze :)
Strony
▼
22 sierpnia 2014
20 sierpnia 2014
Ciekawostki znad fiordów #6

Już dawno nie było ciekawostek, a wiem, że lubicie o nich czytać. Dużo się wokół mnie dzieje, ale po prostu im dłużej tutaj mieszkam, tym mniej rzeczy mnie dziwi i po prostu akceptuję je, zamiast umieścić w ciekawostkach. Dodatkowo przypominam, że na wiele z moich spostrzeżeń trzeba spojrzeć z przymrużeniem oka i są one bardzo wybiórcze. Część wynika jedynie z rozmów i nie jest poparta dowodami ;)
1. W Norwegii obowiązuje niepisana zasada, że piesi mogą przechodzić na czerwonym świetle pod warunkiem, że nie stwarzają zagrożenia dla ruchu. Początkowo, nauczona we Wrocławiu, że straż miejska tylko czeka, by wlepić mandat, podchodziłam do tej zasady z niedowierzaniem. Teraz już się do niej stosuję i korzystam.
2. W związku z tym, że w Bergen rozwinięto sieć komunikacji rowerowej i powstały kilometry nowych dróg asfaltowych dla rowerzystów, w strategicznym miejscu postawiono urządzenie zliczające rowerzystów przejeżdżających dokładnie koło tego miejsca. Dane wyświetlają się na tym urządzeniu dla wszystkich i można przeczytać ile osób przejechało tędy rowerem w ciągu roku, ile wczoraj, a ile dzisiaj. Mnie od razu rzuca się w oczy informacja, że liczba rowerzystów znacznie wzrosła, co jest pewnie związane z latem i znikomymi opadami.
3. Samochody do nauki jazdy. W Bergen nie zobaczycie małych samochodów ze szkoły nauki jazdy, takich jak w Polsce, czyli Renault Clio czy Nissan Micra. Tutaj kursanci wożą się wielkimi "bmkami".
4. Ze zdziwieniem przyjęłam informację wzrokową jaką jest jeden stragan sprzedający żelki dla dzieci i szisze.
5. W wielu rekreacyjnych miejscach, jak parki, plaże, zatoczki zadbano o to by wielbiciele grilla mogli ze spokojem po uczucie się oddalić. Postawiono dla nich metalowe kosze, które przeznaczone są na tlące się jednorazowe grille (taka forma grillowania jest tutaj bardzo popularna).
![]() |
| Straż pożarna |
7. W lipcu wiele firm, kawiarni i sklepów było zamkniętych, ponieważ pracownicy mieli wakacje i nikt nie pracował. Nawet w urzędach zamiast standardowo czynnych kilku okienek, w lipcu przyjmowało jedno.

8. Przy zakupach sprzętu elektronicznego standardowo przysługują nam dwa lata gwarancji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, jak to, że w przypadku telewizorów, komputerów i komórek można złożyć reklamację do 5 lat. Opłaca się więc taki sprzęt kupować w Norwegii. (źródło)
Poprzednie części ciekawostek znad fiordów - link.
19 sierpnia 2014
Giorgio Armani Rouge Ecstasy - szminka w odcieniu #202 milano
Jestem tylko kobietą i wszystko, co ma piękne opakowanie i niesamowite kolory przyciąga mój wzrok. Tak stało się w przypadku szminki od Giorgio Armani. W związku z tym, że nie tak dawno kupiłam nowy cień tej marki, postanowiłam dobrać coś do pary do niego. Nie mam doświadczenia z kosmetykami tej firmy, więc trochę błądziłam i tak naprawdę nie wiedziałam czego chcę: kolejny cień, może róż, a może pomadka? Postawiłam na szminkę, ale jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Giorgio Armani ma niezwykle bogaty wybór odcieni w poszczególnych liniach pomadek (w samej Ecstasy aż 35). Obejrzałam więc wiele swatchy i najbardziej spodobały mi się odcienie matowych beżów. Wśród nich dojrzałam kolor milano #202 i wiedziałam, że będzie do mnie pasował.
Cena w douglas.pl 155 pln, w kicks.no 280 kr za 4 g.
Zacznę od opakowania, które jest przepiękne. Na zewnątrz pomalowane jest mocną czerwienią z niebieskimi podtonami, a wewnątrz jest całe czarne. Zamyka się na magnes, charakterystycznym "klik". Całość ozdobiona jest malutką srebrną sprzączką będącą logo Giorgio Armani. Idzie się zakochać w takiej dbałości o szczegóły.
Dodatkowo pomadka ma niezwykłe właściwości. Z jednej strony jest mocno napigmentowana i dobrze kryje już przy pierwszej warstwie, ale jednocześnie nie wysusza. Nie wiem jak to działa, ale mam wrażenie, że pielęgnuje moje usta i je nawilża. Przeczytałam na stronie firmowej, że jest to specjalna formuła i pierwsza pomadka CC (“Color & Care”), Melting Cream Complex, która ma za zadanie sprawiać, by usta pozostały miękkie przez cały dzień. W składzie znajduje się także masło shea.
Mimo, że zostawia ślady na filiżance, to i tak nie znika od razu cała. Wytrzymuje spokojnie kilka godzin i nie muszę się martwić, by co chwilę zaglądać w lusterko i poprawiać makijaż ust. Tak bardzo ją polubiłam, że mam ochotę chodzić w niej wszędzie. Nie chcę jej matu nawet "psuć" błyszczykiem. Wiem, że dla wielu osób cena może być zbyt wygórowana, ale dziewczyny naprawdę warto wydać w tym przypadku więcej i cieszyć się pięknie pomalowanymi ustami przez większość dnia.
Na zdjęciach pomadka jest solo, jednak najczęściej używam jej z kredką do ust firmy MAC Sublime Culture.
Kolor milano #202 ma odcień różowego brązu i u mnie sprawdza się jako tzw. nude.
Nie ma smaku, ale pachnie czymś słodkim, jakby budyniem lub ciasteczkami maślanymi.
Cena w douglas.pl 155 pln, w kicks.no 280 kr za 4 g.
Zacznę od opakowania, które jest przepiękne. Na zewnątrz pomalowane jest mocną czerwienią z niebieskimi podtonami, a wewnątrz jest całe czarne. Zamyka się na magnes, charakterystycznym "klik". Całość ozdobiona jest malutką srebrną sprzączką będącą logo Giorgio Armani. Idzie się zakochać w takiej dbałości o szczegóły.
Dodatkowo pomadka ma niezwykłe właściwości. Z jednej strony jest mocno napigmentowana i dobrze kryje już przy pierwszej warstwie, ale jednocześnie nie wysusza. Nie wiem jak to działa, ale mam wrażenie, że pielęgnuje moje usta i je nawilża. Przeczytałam na stronie firmowej, że jest to specjalna formuła i pierwsza pomadka CC (“Color & Care”), Melting Cream Complex, która ma za zadanie sprawiać, by usta pozostały miękkie przez cały dzień. W składzie znajduje się także masło shea.
Mimo, że zostawia ślady na filiżance, to i tak nie znika od razu cała. Wytrzymuje spokojnie kilka godzin i nie muszę się martwić, by co chwilę zaglądać w lusterko i poprawiać makijaż ust. Tak bardzo ją polubiłam, że mam ochotę chodzić w niej wszędzie. Nie chcę jej matu nawet "psuć" błyszczykiem. Wiem, że dla wielu osób cena może być zbyt wygórowana, ale dziewczyny naprawdę warto wydać w tym przypadku więcej i cieszyć się pięknie pomalowanymi ustami przez większość dnia.
Na zdjęciach pomadka jest solo, jednak najczęściej używam jej z kredką do ust firmy MAC Sublime Culture.
Kolor milano #202 ma odcień różowego brązu i u mnie sprawdza się jako tzw. nude.
Nie ma smaku, ale pachnie czymś słodkim, jakby budyniem lub ciasteczkami maślanymi.
15 sierpnia 2014
Czy wypożyczenie skutera na wakacjach to dobry pomysł?
Tegoroczne wakacje miałam przyjemność spędzić na pięknej, bardzo zielonej greckiej wyspie Korfu. Zazwyczaj na lotnisku wypożyczałam samochód na cały wyjazd, co sprawiało, że byłam niezależna od komunikacji. Jednak tym razem niewielka powierzchnia Korfu sprawiła, że postanowiłam wraz z mężem skorzystać ze skutera i przeżyć coś nowego. Nie potrzebowaliśmy pojazdu na cały tydzień, interesowały nas tylko 2-3 dni. W jednym z punktów obsługi poinformowano nas, że na krócej niż tydzień, nikt nam pojazdu nie wypożyczy. Wystarczyło jednak zapytać w innym miejscu, porozmawiać chwilę o butach Ecco (mąż miał sandały z tej firmy i sprzedawca się nimi zachwycał) i skuter był gotowy do odbioru. Kolejny raz sprawdziła się zasada, by po pierwszym "nie", się nie poddawać.
Szczęśliwi takim obrotem sprawy wykorzystaliśmy nasz pojazd maksymalnie i tym samym naszło mnie kilka przemyśleń związanych z jazdą skuterem na wakacjach. Oczywiście są to zarówno pozytywne aspekty, jak i negatywne.
- Najfajniejsza rzecz, to możliwość podjechania pod samiutką plażę lub w miejsca, gdzie samochody już nie docierają. Nie jestem fanką spacerów w upale i zazwyczaj odpuszczam wtedy piesze wycieczki dłuższe niż 10 minut, więc gdyby nie skuter, pewnie wielu ciekawych atrakcji bym nie odwiedziła.
-Cena! W porównaniu do samochodu, wypożyczenie i użytkowanie motorka jest dużo tańsze. Za 3 dni zapłaciłam 60 euro plus paliwo.
- Jeżdżąc skuterem nie trzeba się martwić i kombinować: "tutaj się nie zmieszczę, a tutaj nie przejadę". W razie potrzeby można nawet zsiąść i przeprowadzić go chodnikiem, jak rower.
- Darmowe opalanie, bez konieczności leżenia w słońcu. Wiele kobiet jeździ w samym bikini, choć ja postawiłam na spodenki i koszulki. Tym samym, w porównaniu z resztą ciała, opaliłam sobie mocno nogi i ramiona.
- Skuter nie nadaje się na długie trasy. Nie pojedzie tak szybko jak samochód i ciągłe siedzenie prawie w jednej pozycji jest po prostu męczące przy długiej jeździe.
- Nie potrzeba parkingu, ponieważ skuterem zaparkujecie praktycznie wszędzie.
- Kask sprawia, że po jeździe mam zawsze przyklapnięte włosy. Nie przepadam za tym, ale to akurat mała niedogodność.
- Gdy jedziecie w mieście i jest korek, skuterem można omijać samochody i tym samym szybciej dotrzeć do celu. To uczucie, że korki mnie nie dotyczą jest bezcenne.
- Jednak jazda skuterem wymaga większego skupienia, zwłaszcza zwracania uwagi na innych kierowców, którzy czasem nie widzą motorka i mogą niechcący was zawadzić lusterkiem ( a wtedy od razu leżycie) albo znienacka otworzyć drzwi (na które wpadniecie).
- Skuter jest prosty w obsłudze, ponieważ ma jedynie gaz i hamulce.
- Jeżdżąc skuterem mamy ograniczony bagaż. Ja najchętniej zabrałabym ze sobą wszystko i ledwo mieściłam swoje rzeczy. Mąż jednak uznał to za zaletę, ponieważ miał później mniej noszenia toreb na plażę.
- Dwie osoby na małym skuterze sprawiają, że trudno podjeżdża się nim pod górkę. Nasz pojazd był już mocno zużyty, więc wręcz "ryczał" w takich trudnych momentach.
- Jest się bliżej przyrody. Słychać śpiew ptaków, szum morza, czuć promienie słońca i wiejący wiatr. Coś wspaniałego, czego w aucie nie doświadczam, zwłaszcza, gdy jeżdżę z włączoną klimatyzacją.
- Ostatni punkt, ale najważniejszy. Na skuterze jedziecie razem, przytulacie się do pleców partnera, razem przechylacie się na zakrętach, ufacie sobie wzajemnie. Jest to niesamowicie fajne i intymne przeżycie.
Czy coś pominęłam? Macie doświadczenia w takiej rekreacyjnej jeździe skuterem na wakacjach?
Szczęśliwi takim obrotem sprawy wykorzystaliśmy nasz pojazd maksymalnie i tym samym naszło mnie kilka przemyśleń związanych z jazdą skuterem na wakacjach. Oczywiście są to zarówno pozytywne aspekty, jak i negatywne.
- Najfajniejsza rzecz, to możliwość podjechania pod samiutką plażę lub w miejsca, gdzie samochody już nie docierają. Nie jestem fanką spacerów w upale i zazwyczaj odpuszczam wtedy piesze wycieczki dłuższe niż 10 minut, więc gdyby nie skuter, pewnie wielu ciekawych atrakcji bym nie odwiedziła.
-Cena! W porównaniu do samochodu, wypożyczenie i użytkowanie motorka jest dużo tańsze. Za 3 dni zapłaciłam 60 euro plus paliwo.
- Jeżdżąc skuterem nie trzeba się martwić i kombinować: "tutaj się nie zmieszczę, a tutaj nie przejadę". W razie potrzeby można nawet zsiąść i przeprowadzić go chodnikiem, jak rower.
- Darmowe opalanie, bez konieczności leżenia w słońcu. Wiele kobiet jeździ w samym bikini, choć ja postawiłam na spodenki i koszulki. Tym samym, w porównaniu z resztą ciała, opaliłam sobie mocno nogi i ramiona.
- Skuter nie nadaje się na długie trasy. Nie pojedzie tak szybko jak samochód i ciągłe siedzenie prawie w jednej pozycji jest po prostu męczące przy długiej jeździe.
- Nie potrzeba parkingu, ponieważ skuterem zaparkujecie praktycznie wszędzie.
- Kask sprawia, że po jeździe mam zawsze przyklapnięte włosy. Nie przepadam za tym, ale to akurat mała niedogodność.
- Gdy jedziecie w mieście i jest korek, skuterem można omijać samochody i tym samym szybciej dotrzeć do celu. To uczucie, że korki mnie nie dotyczą jest bezcenne.
- Jednak jazda skuterem wymaga większego skupienia, zwłaszcza zwracania uwagi na innych kierowców, którzy czasem nie widzą motorka i mogą niechcący was zawadzić lusterkiem ( a wtedy od razu leżycie) albo znienacka otworzyć drzwi (na które wpadniecie).
- Skuter jest prosty w obsłudze, ponieważ ma jedynie gaz i hamulce.
- Jeżdżąc skuterem mamy ograniczony bagaż. Ja najchętniej zabrałabym ze sobą wszystko i ledwo mieściłam swoje rzeczy. Mąż jednak uznał to za zaletę, ponieważ miał później mniej noszenia toreb na plażę.
- Dwie osoby na małym skuterze sprawiają, że trudno podjeżdża się nim pod górkę. Nasz pojazd był już mocno zużyty, więc wręcz "ryczał" w takich trudnych momentach.
- Jest się bliżej przyrody. Słychać śpiew ptaków, szum morza, czuć promienie słońca i wiejący wiatr. Coś wspaniałego, czego w aucie nie doświadczam, zwłaszcza, gdy jeżdżę z włączoną klimatyzacją.
- Ostatni punkt, ale najważniejszy. Na skuterze jedziecie razem, przytulacie się do pleców partnera, razem przechylacie się na zakrętach, ufacie sobie wzajemnie. Jest to niesamowicie fajne i intymne przeżycie.
Czy coś pominęłam? Macie doświadczenia w takiej rekreacyjnej jeździe skuterem na wakacjach?
13 sierpnia 2014
Płyn dwufazowy do demakijażu oczu- Clarins Demaquillant Express
Do niedawna nie byłam w stanie wyobrazić sobie zmywania makijażu oczu, inaczej niż płynem micelarnym. Postanowiłam jednak otworzyć się na inne kosmetyki i znaleźć dla siebie dobry dwufazowy produkt lub olejek. Ponieważ noszę szkła kontaktowe, najistotniejsze są dla mnie dwie kwestie: brak podrażnień i łatwe usuwanie makijażu wodoodpornego (używam kredek i eyelinera) bez zbędnego tarcia powiek.
Promocja na produkty firmy Clarins sprawiła, że skusiłam się na Demaquillant Express, płacąc za niego około 105kr (~55pln). W sklepie internetowym douglas.pl widnieje cena podstawowa 105pln/125ml, więc to była dobra oferta.
Płyn znajduje się w plastikowym przezroczystym opakowaniu z zakrętką. Kosmetyk Clarins składa się z dwóch faz, mających różne składniki i różne funkcje. Dolna - zawiera wyciąg z róży i chabra bławatka, górna - zawiera olejki. Kosmetyk trzeba więc wstrząsnąć przed użyciem. Po wymieszaniu otrzymujemy bladoniebieski płyn, który dzięki połączeniu faz ma jednocześnie właściwości oczyszczające, łagodzące i nawilżające.
Produkt wystarczył mi na 3 miesiące, ponieważ używałam go jedynie w przypadku potrzeby oczyszczenia powiek z wodoodpornych kosmetyków. Ma jednak słabą wydajność i w dodatku jest go mało w butelce. Gdybym przecierała nim oczy codziennie, to wykończyłabym go w ciągu 2 tygodni. W każdym spełniał swoje zadanie znakomicie. Nie podrażniał, nie powodował mgły i szybko rozpuszczał eyeliner czy kredkę. Nie wymagał tarcia, tylko wystarczyło go przyłożyć na powieki, poczekać około minuty i zmyć. W razie potrzeby powtarzałam tą czynność. Mogę jedynie przyczepić się do tłustej warstwy, którą zostawiał na powiekach. Nie lubię tego i mnie to przeszkadza, więc zmywam ją dodatkowo micelem Bioderma.
Skład:
Jego zapach był bardzo delikatny i przyjemny. Przywodzi wspomnienie pobytu w SPA.
Pamiętam, że w poprzednich dwufazach, które używałam, denerwowało mnie to, że po zmieszaniu szybko się rozdzielają. Po nasączeniu jednego wacika, musiałam mieszać fazy ponownie. Tutaj tego nie doświadczyłam i porządne wstrząśniecie flakonu pozwala na nałożenie płynu od razu na dwa płatki kosmetyczne.
Szczerze mówiąc sama jestem zaskoczona tym produktem Clarins i stał się jednym z moich ulubieńców. Sprawił też, że z przyjemnością spoglądam na półki z innymi produktami Clarins i przestałam bać się płynów dwufazowych.
Do wypróbowania w kolejce czeka płyn dwufazowy Chanel, który udało mi się kupić na strefie bezcłowej przy wylocie z Bergen za całkiem przyjemną cenę (tzn. o 25% taniej niż w sklepach w Norwegii).
Czy polecacie jeszcze jakieś inne płyny do demakijażu?
Promocja na produkty firmy Clarins sprawiła, że skusiłam się na Demaquillant Express, płacąc za niego około 105kr (~55pln). W sklepie internetowym douglas.pl widnieje cena podstawowa 105pln/125ml, więc to była dobra oferta.
Płyn znajduje się w plastikowym przezroczystym opakowaniu z zakrętką. Kosmetyk Clarins składa się z dwóch faz, mających różne składniki i różne funkcje. Dolna - zawiera wyciąg z róży i chabra bławatka, górna - zawiera olejki. Kosmetyk trzeba więc wstrząsnąć przed użyciem. Po wymieszaniu otrzymujemy bladoniebieski płyn, który dzięki połączeniu faz ma jednocześnie właściwości oczyszczające, łagodzące i nawilżające.
Produkt wystarczył mi na 3 miesiące, ponieważ używałam go jedynie w przypadku potrzeby oczyszczenia powiek z wodoodpornych kosmetyków. Ma jednak słabą wydajność i w dodatku jest go mało w butelce. Gdybym przecierała nim oczy codziennie, to wykończyłabym go w ciągu 2 tygodni. W każdym spełniał swoje zadanie znakomicie. Nie podrażniał, nie powodował mgły i szybko rozpuszczał eyeliner czy kredkę. Nie wymagał tarcia, tylko wystarczyło go przyłożyć na powieki, poczekać około minuty i zmyć. W razie potrzeby powtarzałam tą czynność. Mogę jedynie przyczepić się do tłustej warstwy, którą zostawiał na powiekach. Nie lubię tego i mnie to przeszkadza, więc zmywam ją dodatkowo micelem Bioderma.
Skład:
Jego zapach był bardzo delikatny i przyjemny. Przywodzi wspomnienie pobytu w SPA.
Pamiętam, że w poprzednich dwufazach, które używałam, denerwowało mnie to, że po zmieszaniu szybko się rozdzielają. Po nasączeniu jednego wacika, musiałam mieszać fazy ponownie. Tutaj tego nie doświadczyłam i porządne wstrząśniecie flakonu pozwala na nałożenie płynu od razu na dwa płatki kosmetyczne.
Szczerze mówiąc sama jestem zaskoczona tym produktem Clarins i stał się jednym z moich ulubieńców. Sprawił też, że z przyjemnością spoglądam na półki z innymi produktami Clarins i przestałam bać się płynów dwufazowych.
Do wypróbowania w kolejce czeka płyn dwufazowy Chanel, który udało mi się kupić na strefie bezcłowej przy wylocie z Bergen za całkiem przyjemną cenę (tzn. o 25% taniej niż w sklepach w Norwegii).
Czy polecacie jeszcze jakieś inne płyny do demakijażu?















